Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Królowa życia















Przed moim oknem rośnie śliwka. Jedno z niewielu drzew, które ocalało nienaruszone przez trąbę powietrzną, która kilka lat temu nawiedziła nasze miasto.
Dzień był duszny, początkowo słoneczny, a potem coraz bardziej zachmurzony. W powietrzu wisiało coś dziwnego, ale każdy myślał, że wreszcie nadchodzi deszcz po wielu dniach nieustannego upału, przekraczającego 35 stopni.  Po męczącym dniu pracy siedziałam jakby nigdy nic i czytałam książkę. Dopiero mąż wyrwał mnie z lenistwa i krzycząc do słuchawki telefonu, pognał do okien z panicznym nakazem, żeby jak najszybciej zabezpieczyć mieszkanie i trzymać się z daleka od okien. W tym momencie połączenie zostało przerwane. W ostatniej chwili zamykałam drzwi balkonowe mocując się z porywistym wiatrem. Płacząc z przerażenia stałam na środku pokoju i patrzyłam, jak wiatr z łatwością łamie kilkunastometrowe topole. Dosłownie chwilę trwało, a świat został wywrócony do góry nogami i zalany niesamowitą ilością deszczu. Po kilkunastu minutach wszystko ucichło, a niebo zaczęło się rozpogadzać.
 Próba skontaktowania się z bliskimi była niestety niemożliwa. Sieci telefoniczne były zbyt przeciążone. Mąż po kilku godzinach przedzierania się przez sparaliżowane miasto, szczęśliwie dotarł do domu. Po jakimś czasie wreszcie udało mi się skontaktować również z rodzicami, którzy nie planowali żadnych spacerów i byłam o nich bardziej spokojna. I zupełnie niesłusznie. Przez dłuższą chwilę mama, tak rozpaczliwie szlochała do słuchawki, że nie mogłam się z nią porozumieć. W końcu przekrzykując jej płacz zapytałam, czy tato też żyje. Tak, ale jest ranny. I zaczęła opowiadać, jak wybrali się na popołudniowy spacer. W momencie, kiedy niebo zasnuły szaro-bure chmury dochodzili do parku. Na szczęście nie zdążyli tego zrobić. Trąba przeszła tuż przy nich! W ostatniej chwili uchwycili się ogrodzenia jakiejś kamienicy i skuleni z przerażeniem obserwowali koniec świata.  Obok na jezdni wiatr obracał jadące samochody, sypał piaskiem, kawałkami ziemi, gałęziami i dachówkami.  W momencie, kiedy rosnąca opodal akacja złamała się nakrywając ich gałęziami, mama wyrwała się z krzykiem, że nie chce tutaj umierać i pobiegła w stronę bramy, a za nią tato.
 Kiedy świat się wyciszył, ruszyli w drogę powrotną do domu. Przez park. Park, którego już nie było. Kilkusetletnie drzewa leżały dosłownie poukręcane, z połamanymi gałęziami i korzeniami na wierzchu. Trudno było odróżnić, gdzie kiedyś były ścieżki, stały ławki, były fontanny. Aż po horyzont wolna przestrzeń, którą kiedyś zajmowały drzewa. Z trudem przedostali się do domu. Z krwawiącymi głowami, łokciami, obłoceni, z piaskiem we włosach i każdym zakamarku ubrania. Siniaki i rany się wyleczyły, ale strach pozostał. Strach i wdzięczność. To cud ujść z życiem z czegoś takiego.
 Po kilku dniach postanowiliśmy z mężem obejrzeć park, a właściwie miejsce po nim. Czy było tak strasznie, jak opowiadali ludzie?  Było gorzej. Doszliśmy tylko na obrzeża, bo leżące wszędzie drzewa blokowały dostęp. W pewnym momencie niebo zasnuły czarne chmury i zaczął wiać wiatr. Wszyscy, pamiętając ostatnie wydarzenia, zaczęli uciekać. Poczułam się, jak w koszmarnym śnie,  kiedy wszyscy biegną, a ja nie mogę! Ze łzami w oczach poprosiłam męża, żeby uciekał do samochodu, chociaż on się uratuje. Spojrzał na mnie bez słowa. Mocniej chwycił mnie pod ramie i krok po kroku, obojętni na biegnących wokół ludzi, dotarliśmy do auta. Przez całą drogę do domu płakałam. Z miłości, wdzięczności i strachu. Dokładnie w tej kolejności. Teraz już wiem, że gdyby była konieczność zaniósłby mnie na rękach, tak jak po każdym moim upadku albo zwichnięciu.
Świat się odbudował. Park posprzątano i posadzono na nowo, dachy połatano. Nawet mój samochód, który stracił szyby, po uderzeniu kawałków betonu lecących z dachu, został naprawiony bardzo szybko. Wręcz wyjątkowo szybko.  Bóg nad nami wszystkimi cały czas czuwał. Postraszył, pouczył i pomógł.
 Dumnych topoli już nie ma, a mała dzielna śliwka rozrasta się coraz bardziej. Pierwsza budzi się na wiosnę i obsypuję białym kwieciem. Jak królowa życia.

17 komentarzy:

  1. Polly , smutne wspomnienie w każdym calu.Najważniejsze że wszystko dobrze się skończyło.W takim obliczu człowiek jest maleńki i bezradny .Powalone wielkie silne drzewa , a delikatna trawa nie naruszona .Dziwy oj dziwy przyrody

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, jest malutki i bezradny. Ale kiedy wszystko jest ok, to się panoszy po świecie, jakby był najmądrzejszy i największy. A przecież jesteśmy tylko pyłkiem na wietrze...

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. pisałam to bardzo dłuuuugo, bo tak samo ryczałam, jak bóbr. zawsze ryczę, kiedy o tym myślę

      Usuń
  4. No toś mnie rozjechała na koniec dnia ;o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sorki ;) kiedy to wspominam, to aż mnie dusi. do tej pory boję się większego wiatru.

      Usuń
    2. Nie dziwię się zupełnie.

      Usuń
  5. Są takie chwile, kiedy zadajemy sobie pytanie, czym jesteśmy wobec przyrody, świata, są takie chwile kiedy nachodzą wątpliwości, ale są takie chwile które odciskają piętno, na resztę naszego życia, trzeba nauczyć się z tym żyć, lękać się, pokonywać lęki i nie zapominać. Dobry wieczór :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj :) Czasami myślę, że moje życie to jedna wielka niekończąca się lekcja. Bez ustanku wydarza się coś takiego, co każe mi się zastanawiać i wyciagać wnioski. Chociaż myslę, że zawsze się wydarzało, ale dopiero teraz dojrzałam do tego, żeby sie zagłębić w sens. Czasami jednak męczy mnie to rozwlekanie i rozkładanie na czynniki pierwsze. Myslę jednak, że bez tego miałabym ciągle żal i czuła się wyjątkowo nieszczęśliwa. A tak przecież nie jest :DDDDDDD

      Usuń
    2. Ha ha, uwierz, że nie tylko Twoje życie to niekończąca się lekcja. Każdy z nas bierze w tym udział codziennie, nie każda lekcja jest aż tak brzemienna w skutki. Jedni starają się jak najszybciej zapomnieć inni, jak Ty, rozkładasz na czynniki pierwsze, każdy ma swój sposób na przejście przez takowe lekcje. Grunt aby sposób był skuteczny :)

      Usuń
    3. Myślę, że z takim rozwlekaniem jest mi czasami łatwiej. Utwierdzam się wtedy w przekonaniu, że nic nie dzieje się bez przyczyny i nie po to, żeby robić mi na złość. Dlatego już nie zadaję pytań w stylu dlaczego jestem taka biedulka, dlaczego życie mnie tak kopie itp. Wiem, że kopie nie tylko mnie, innych jeszcze bardziej, bo nie dość, że ich doświadcza, to nie uczy wyciągać właściwych wniosków i lekcji. Dlatego nie czuję sie pokopana, chociaż czasami sprawiam wrażenie jakbym była i to całkiem nieźlee ;DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD

      Usuń
  6. Heh...już któryś raz dzisiaj się poryczałam.
    Buziaki:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba wszystkich doprowadziłam do łez, a siebie najbardziej :D

      Usuń
  7. W tym nieszczesciu jest i szczescie: Twoj Maz!
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to największe szczęście :) Pozdrawiam

      Usuń
  8. wieczorową porą , ze stertą pierogów przybyłam w celu wymuszenia uśmiechu

    macham sennie ,Docent się wydziera oglądając mecz a ja zabłysnęłam .popatrzyłam na zegar i paszczowo stwierdziłam że chłopaki nastrzelali goli jak nigdy - Małżon tylko dziwnie na mnie popatrzył

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mecz, jaki mecz? ;D pierogi mniaaaam, daj trochę. lubię jeść, ale nie daję rady lepić moimi kośtrobatymi łapkami, a na Wigilię uszka lepiliśmy ostatnio z menżulem :) caaaały dzień, ale fajnie się bawiliśmy. Dobranocka. Pa

      Usuń