Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

środa, 20 lipca 2016

Udawanie i pierwsze grzybobranie.

W tym roku znowu nie będę miała nadmorskich wakacji. Są ważniejsze i pilniejsze rzeczy od ukochanego Pobierowa, dlatego musi na mnie poczekać. Mam nadzieję, że tylko rok. Posiedzę natomiast czasami nad jeziorkiem i będę udawała, że te fale są morskie,
 
 
 
 
 
 
po drugiej stronie nie widać brzegu, tylko bezkresne morze,
 
 
a do skutera wsiądzie opalony ratownik ze "słonecznego patrolu".
 
 
 
Jak się ma wyobraźnię, można uwierzyć nawet w to, że zapach dolatujący z  knajpki obok, to aromat prawdziwej, świeżutkiej morskiej rybki, złowionej bladym świtem, a nie wyciągniętej z marketowej chłodziarki.
 
 
 
 
Staram się  nasycić smakami, zapachami i widokami lata mimo, że lipiec nie rozpieszcza pogodą. Jednak dla moich wymagań wystarczy by nie padało i nie wiało z prędkością huraganową. Tropikalne upały to nie moje klimaty, a dla leśnych spacerów wystarcza to, co jest. Ostatnie deszcze obudziły grzyby, dlatego pojechaliśmy sprawdzić, co we mchu piszczy. Początkowo myślałam, że z grzybobrania przywiozę tylko zdjęcia, bo mimo, że las pachniał i wyglądał grzybowo, tylko "trujaki" się czerwieniły.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Uwielbiam taki sosnowy las z podłożem, jak zielony dywan, bez przeszkadzających chaszczy. Nawet początkowy brak grzybów mi nie przeszkadzał, kiedy tyle ciekawych widoków dookoła.
 
 
 
 
 
 
 
 
Kiedy zmęczyło mnie chodzenie, wskoczyłam na mojego czterokołowca i na nim przemierzałam leśne drogi. Mówi się, że pechowcowi to nawet w drewnianym kościele cegła spadnie na głowę. A moje powiedzenie to takie, że szczęściarzowi grzyb wyrośnie na drodze. Znalazłam chyba tyle samo grzybów w przydrożnej trawie, co mąż, który podążał lasem. Pierwsze zbiory uznaliśmy za całkiem udane, jak na tę porę roku, co mam nadzieję zapowiada mega grzybobranie jesienią. Z jednej strony, już nie mogę się doczekać, a z drugiej chciałabym, żeby lato trwało bez końca. Coraz bardziej doceniam to, że nie muszę już nigdzie pędzić, jak dawniej. Mam czas, żeby delektować się każdą chwilą, zapachami i smakami każdej pory roku.

 
 
 
 

środa, 29 czerwca 2016

Mija czas.

Czas pędzi, jak szalony, a mnie pochłaniają  przeróżne zajęcia. Komputer został trochę odstawiony na bok, dlatego nie piszę, nie czytam i nie bywam na blogach. Bardzo skrupulatnie dba o mnie mój kręgosłup, który przypomina o sobie, kiedy za długo siedzę przed monitorem. Sama siebie wyganiam zatem na balkon z książką pod pachą. Jedna z nich tak mnie zafascynowała, że nawet nie poczułam, kiedy złapałam pierwszą w tym roku opaleniznę, a raczej spaleniznę. Wieczorem wyszły mi czerwone plamy i męczyły przez całą noc. Najlepszym lekarstwem okazał się jogurt naturalny, który zamiast do porannej owsianki powędrował na moje nogi. Mam nadzieję, że przy okazji wchłaniania się przez skórę również działał dietetycznie :D
 Ostatnio bowiem chlebek poszedł w kąt, słodycze również, a lodówkę wypełniają różne zieloności, półki natomiast, puszki z przeróżnymi nasionami i płatkami. A to wszystko w ramach odchudzania oczywiście, a właściwie spuszczania powietrza z oponek, które pojawiają się to tu, to tam. Wypowiedziałam im prawdziwą wojnę, bo ubieranie się w upalne dni, kiedy wszystko się do człowieka klei i na dodatek trafia na opór oponek, doprowadza mnie do szału. Tym bardziej, że coraz słabsze dłonie nie pomagają w tym nawlekaniu ubrania, zapinaniu wstrętnych guziczków, zameczków, sznuróweczek brrr.  Na dłonie nic już nie poradzę, ale zbędnego tłuszczyku chętnie się pozbędę. Ćwiczę zatem ostro mięśnie brzucha, pleców i wszystkie inne, które napatoczą się po drodze. Liczę, że pomoże mi to również w stabilizacji kręgosłupa, a tak po cichu marzę o płaskim brzuszku, jaki prezentuje Chodakowska, czy też Lewandowska.
 Staram się również dużo wychodzi z domu. Wreszcie nie mam z tym problemu, bo dzięki wózkowi mogę robić dalekie spacery. Na luzie robić długie zakupy i wreszcie docierać w miejsca, w których nie byłam od lat. Nie mam też absolutnie żadnego problemu z tym, że jeżdżę wózkiem i dziwię się sama sobie, jak mogłam kiedyś myśleć o tym ze wstydem i zażenowaniem. Widocznie musiałam do tego dojrzeć, dlatego też nie krępują mnie spojrzenia innych ludzi. Nie zwracam na to uwagi. Bardzo często natomiast spotykam się z życzliwością innych, chociaż są i tacy, którym przeszkadza, że siedząc na wózku mam uśmiech na twarzy. No cóż, nie można wszystkich zadowolić, a nawet nie zamierzam tego robić. Skupiam się na tym, co jest ważne w moim życiu i czerpać radość z tego, co mnie otacza.
 
Wiosna tak szybko minęła, że nie zdążyłam się dobrze jej przyjrzeć, ale świeżutkie lato też ma swój urok.
 
 
 
 
 
Czosnek już przekwitł i ustąpił miejsca innym.
 
 
W pełnym słońcu pyszni się "pustynnik", zwany też igłą Kleopatry.
 
 
 
 
Jeszcze chwilka, a ogród zamieni się w prawdziwe rosarium.
 
 
 

Nie tak dawno jabłonka była obsypana kwiatkami, a teraz pysznią się na niej jabłuszka.
 
 
 
 
 
 
Pierwsze grillowanie przypominało bardziej wędzenie. Teraz przerzuciłam się na bardziej dietetyczne frykasy. Jedynym ustępstwem są mecze naszej reprezentacji w EURO, kiedy na stole królują chipsy i piwo (chociaż koneserzy twierdzą, że Karmi to nie piwo). Stwierdziłam jednak, że piłkarzom idzie tak dobrze, że moje kibicowanie zaczyna mi szkodzić. Jeden wieczór na chipsach i dwa dni ścisłej diety! O nie nie :) Na jutro upiekłam cała górę pasztecików z pieczarkami, a przy okazji na mój dzisiejszy obiad nadziewane szpinakiem.
 
 
 
 
Nigdy nie byłam zagorzałą fanką piłki nożnej. W tym roku jednak nasza reprezentacja i polscy kibice pokazują prawdziwa klasę. Podziwiam stoicki spokój mojego męża, który reaguje tylko w ważniejszych momentach meczu. Ja natomiast mogłabym być prawdziwym komentatorem, chociaż.... posiadam chyba więcej zapału niż wiedzy :D 
 
 
 
W przerwie w ćwiczeniach i kibicowaniu, szlifuję zdolności w pleceniu frywolitek. Niedługo w rodzinie będzie ślub i z tej okazji zaproponowałam, że zrobię oryginalne zaproszenia. Zakupy w papierniczym, kilka godzin plecenia serduszek i szlaczków, mała zabawa w programie graficznym i... 
 
 
 
 
gotowe. Mam nadzieje, że się spodobają.
 
 
 
Między kolejnymi stronami książki, a fajczeniam nóg, skrupulatnie pilnuję kwiatów na balkonie.
Jeszcze nie tak dawno z niecierpliwością wyczekiwałam na pierwsze kwiatki pelargonii, a teraz wprost się rozszalały.
 
 
 
W pelargoniowym gąszczu kwitną jeszcze bratki "po przejściach". Dwa razy były atakowane przez mszycę. Pojenie ich pokrzywą nie pomogło, doprawianie wodą z czosnkiem też nie. Dopiero porządna kąpiel w mydle zadziałała. Mszyce zniknęły, ale bratki trochę to odchorowały. Nie kwitły już takie duże, jak na początku, ale i tak długo cieszą oczy.
 
 
 
 
Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca. Dla tych, co zdołali życzę fajnego kibicowania "naszym" i pięknego lata. :D
 
 
 

wtorek, 14 czerwca 2016

Nie taki rezonans straszny, jak o nim mówią.

Ostatnio staram się mniej siedzieć przed komputerem, żeby nie zamęczać kręgosłupa, który i tak nieustannym bólem każe o sobie pamiętać. Wybieram zatem ruch i ćwiczenia, zamiast siedzenia ze zwieszoną nad klawiaturą głową. Niestety w przypadku mojego zwichrowanego kręgosłupa czasami taka ostrożność to za mało. Wystarczy, że krzywo ułożę głowę podczas snu, a potem mam gwarantowane kilkudniowe bóle barków i głowy. Moja lekarka próbowała mnie ostatnio namówić na rezonans magnetyczny, żeby dokładnie sprawdzić, co się dzieje. Na razie stchórzyłam i zrobiłam tylko RTG. Niestety mam złe wspomnienia z mojego pierwszego rezonansu sprzed kilku lat. Wówczas to badanie było nowinką w moim mieście, a szpital chwalił się super nowoczesnym sprzętem. Bez żadnego lęku, a nawet z pewną ciekawością zapisałam się na badanie, które niestety okazało się jednak koszmarem. Do tej pory pamiętam to klaustrofobiczne odczucie małej, ciemnej i bardzo hałaśliwej przestrzeni. Cały czas miałam wizje zaciskającej się wokół mnie metalowej tuby i tego, że łóżko się zepsuje i nie będzie można mnie wydostać ze środka. Szkoda, że nikt mnie nie uspokoił, że w razie paniki mogę poprosić o przerwanie badania, bo jestem nie tylko widziana, ale i słyszana.  Kiedy opowiadam moje wrażenia mężowi, jest bardzo zdziwiony, ponieważ on nie odczuwał podczas badania żadnego dyskomfortu. Stara się mnie namówić na rezonans, bo jego ostatnie badanie wyglądało zupełnie inaczej. Żartuje, że w tubie miał tyle światła i przestrzeni, że spokojnie mógłby czytać rozłożoną mapę.
 Zaczęłam zatem drążyć temat i sprawdzać, jak zmienił się świat w dziedzinie diagnostyki. Przeczytałam kilka artykułów na temat nowoczesnych urządzeń do rezonansu magnetycznego i okazuje się, że wiele w tym temacie się zmieniło. Nie wszystkie mają kształt wąskiej tuby, która wydaje się nie mieć końca i budzi lęk w ludziach otyłych lub z klaustrofobią. Otwór jest o znacznie dużej średnicy, a badanie trwa o wiele krócej niż kiedyś i jest bardziej dokładne, dzięki zwiększonej mocy nawet do 3T.  Najbardziej jednak spodobały mi się te, które nie mają kształtu walca z otworem, ale litery C. Jest to tak zwany rezonans otwarty, gdzie pacjent leży na otwartym łóżku i ma swobodny wgląd na otoczenie. Co prawda te urządzenia są niskopolowe, bo ich moc to 0,35T, ale świetnie się nadają do prześwietlenia kręgosłupa. Na szczęście tych otwartych rezonansów jest coraz więcej, jak i nowoczesnych ośrodków diagnostycznych. Warto przed samym badaniem sprawdzić jakim urządzeniem dysponuje ośrodek i jakie ma ceny, bo i te są bardzo różne. Czekam zatem, mam nadzieję, że nie zbyt długo, na ten otwarty rezonans i w moim mieście, a wtedy spokojnie pomaszeruję na badanie. Tym bardziej, że moje poszukiwania wygodnego urządzenia dostarczyły mi też obszernej wiedzy na temat samego funkcjonowania pola magnetycznego, które jest wykorzystywane podczas badania. Kiedyś słyszałam opinię, że jest ono bardzo szkodliwe i napromieniowuje organizm kilkaset razy więcej niż promieniowanie rentgenowskie. Otóż nic bardziej mylnego. Ogólnie przyjęło się, że jakiekolwiek promieniowanie jest szkodliwe dla naszego organizmu. Zapewne nie pozostajemy zupełnie na nie obojętni, ale nie każde jest dla nas poważnym zagrożeniem. Na przykład fale radiowe, które mają bardzo niską częstotliwość i to właśnie do nich można porównać moc rezonansu magnetycznego. Nie niosą ze sobą dość energii, by uszkodzić lub zmienić DNA komórki. Nie powodują zatem zaburzeń w organizmie i nie wywołują poważnych chorób np. nowotworów. Rezonans jest poza tym drugim pod względem bezpieczeństwa po USG, badaniem odpowiednim dla kobiet w ciąży. Działa zupełnie inaczej niż popularne RTG, podczas którego pochłaniamy szkodliwe cząsteczki i nie jest tak dokładne jak rezonans. Okazuje się również, że dzięki rezonansowi magnetycznemu można badać nie tylko szkielet, ale i wszystkie tkanki miękkie, które widać jak na dłoni. Pozwala również na szybkie wykrycie choroby Alzheimera, stwardnienia rozsianego i innych chorób neurologicznych niewiadomego pochodzenia.
Medycyna jest jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin. Sama metoda wykorzystania pola magnetycznego w diagnostyce i kształt urządzenia do rezonansu przeszły ogromną ewolucję na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Kto wie, czy za jakiś czas ogromne magnesy nie zostaną zastąpione jeszcze lepszymi rozwiązaniami, które staną się rzeczywistością, a nie tylko marzeniem szalonego naukowca?

piątek, 6 maja 2016

Po pierwsze.

Jak przystało na pierwszego maja zaczęłam prawdziwie sezon wiosenno-letni. Był pierwszy grill i leżakowanie na działce oraz pierwsze zdjęcia drzewek owocowych.
 
 
 
Tak się zapatrzyłam na przyszłe wiśnie i jabłka, że zaliczyłam pierwszą opaleniznę, a nawet lekką spaleniznę. Na szczęście pierwsza skóra z nosa  zeszła i już nie przypominam czerwonoskórej :)
 
 
 
 
Pierwsze barwne dywany powoli przekwitają, a miejsce tulipanów zastępują kolejne równie zachwycające kwiaty. I tak do późnej jesieni.....
 
 
 
 
 
Największą niespodziankę zrobiły mi pelargonie. Przez cały kwiecień upierały się, że nie będą kwitnąć i tak sobie trwały skulone w deszczu i chłodzie.
 
 
 
 
 
Natomiast w pierwszomajowy poranek pięknie się rozwinęły. Już widzę oczami wyobraźni te czerwone kaskady kwiatów spływające z balkonu :) 
 
 
 
 
 
 
Była też pierwsza majowa wyprawa wśród żółtych i zielonych  pól.
 
 
 

 
 
Nie wszędzie widok jest tak zachwycający. W wielu miejscach pola i lasy zostały zastąpione wykopami, a te kolumny to niestety nie fragment jakiejś zabytkowej budowli, ale jednego z wielu wiaduktów na kolejnej nitce trasy S3.
 
 
 
 
 
Na szczęście nie wszędzie las zniknął z powierzchni ziemi i można znaleźć piękne miejsce z dala od zgiełku i placu budowy. 
 
Pierwszy spacer po lesie wypełnionym wiosenną mieszanką widoków i zapachów ziemi, drzew, kwiatów, trawy......
 
 
 
 
 
 
 
 
 
no i tych cudownych, soczyście zielonych, pierwszych listeczków.
 
 
 
 
 
 
To właśnie kocham w wiośnie najbardziej. Wszystko jest takie nowe, pierwsze, świeże i ma niepowtarzalny zapach. No i oczywiście smak. Czym by była wiosna bez młodych ziemniaczków i kapusty, oczywiście nie izraelskiej, czy hiszpańskiej, ale naszej. A ponieważ lubię nowe doświadczenia kulinarne pierwszy raz w życiu zrobiłam kiszona młodą kapustę. Uważam eksperyment za bardzo udany i na pewno go powtórzę jeszcze wiele razy.