środa, 2 października 2019

Wreszcie SUKCES!!!

Od wielu lat zmagam się z moim choróbskiem i szukam jakiegoś rozwiązania. Przynajmniej po to, by zbyt wcześnie nie położyć się do łóżka i nie musieć być skazaną na całkowitą opiekę innych ludzi. Na punkcie samodzielności zawsze miałam bzika. Długo mi się udawało żyć pełną parą i decyzja o wózku wcale nie była łatwa, ale i tak myślę, że i na wózku znalazłam swój sposób na życie. Moim marzeniem jednak jest to, by znowu chodzić. Nie dreptać, nie ciągnąć nóg jedna za drugą, ale naprawdę chodzić. Stąd też moja fascynacja Flavonem, bo skoro innym się udało, to dlaczego nie mnie. I tak oto, po kilkunastomiesięcznej walce, regularnych ćwiczeniach i suplementacji postanowiłam wypróbować swoje nogi. Skoro przyszedł czas na grzyby, musiałam sprawdzić swoje siły. Przyznam, że miałam trochę pietra, czy dam radę. Nie uśmiechało mi się siedzenie na drodze i czekanie, aż cała ekipa wróci z koszami pełnymi grzybków. Efekt jednak przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. 1,6 km spaceru po mchu, oczywiście połączonego ze schylaniem lub padaniem na kolana, kiedy grzyby rosły całymi stadami.






Nie mogłam się powstrzymać od zrobienia kilku zdjęć.










Jakby ktoś chciał pojechać w moje grzybowe miejsca, to załączam mapkę :DDD









Oczywiście cały kosz nie jest tylko moim dziełem, ale cieszę się, że moje pierwsze od trzech lat grzybobranie nie zakończyło się fiaskiem, przede wszystkim kondycyjnym. Po powrocie wycałowałam wszystkie moje słoiczki i zabrałam się bez chwili oddechu za grzybiarskie przetwórstwo.



Cudowne w tym wszystkim jest to, że wcale nie odchorowałam tego maratonu. Zmęczenie owszem było, ale nie leżałam, jak dawniej plackiem przez tydzień. Oczywiście nie mogę na razie zupełnie odstawić wózka, ale jest mi lżej ze świadomością, że moje nogi są do uratowania :D





Pozdrawiam z trasy :D






wtorek, 23 lipca 2019

Gorący temat.

Obraz może zawierać: 1 osoba, kwiat



  Staram się nie myśleć o sprawach, które mnie męczą i na które nie mam wpływu, obkładam się książkami wszelakiej tematyki. Ostatnio coraz bardziej mnie fascynują tematy związane ze zdrowiem i funkcjonowaniem ludzkiego organizmu. Z zapartym tchem przeczytałam książkę pt. "Dlaczego zwierzęta nie dostają zawałów serca....tylko my ludzie" napisaną przez dr. Matthiasa Rath, lekarza i znanego na świecie naukowca. Kolejna pozycja po "Mity o cholesterolu" , która świadczy o tym, jak wiele błędów popełnia medycyna konwencjonalna w leczeniu chorób sercowo-naczyniowych. Tak naprawdę nie potrafi ich skutecznie wyleczyć, a wręcz doprowadza do poważnych powikłań zdrowotnych. Przykładem jest tu mój wujek, który "zawdzięcza" błędom w leczeniu i niewłaściwej profilaktyce, operację wszczepienia by-passów. Okazuje się jednak, że są bezpieczne i skuteczne  sposoby na zapobieganie, a nawet leczenie miażdżycy, zawałów serca, udarów, czy też nadciśnienia. Natura od wieków wie, jak sobie z tym radzić i jak....."Pokonać miażdżycę"

Zajrzyjcie, bo naprawdę warto. Może ten artykuł pomoże komuś, kto od lat zmaga się z chorobami naczyniowo-sercowymi lub chciałby zdobyć wiedzę, jak im zapobiec.






czwartek, 11 lipca 2019

Jestem niepełnosprawna = GORSZA?!!!

 

Znak, Niepełnosprawny, Inwalidztwo




   Tak właśnie się czuję. Gorsza i nabita w butelkę. Po tylu obietnicach wsparcia dla niepełnosprawnych, okazało się, że na obietnicach się skończyło. Ktoś mi powie, że to fajnie, że chociaż część z nas dostanie 500 plus. Jasne, można i tak się pocieszać. Dlaczego w przypadku dzieci nie ma kryterium dochodowego, a w przypadku niepełnosprawnych jest? Przecież wielu chorych nigdy nie podejmie żadnej pracy, a ponieważ wymagają stałej opieki osoby dorosłej, to dochody w gospodarstwie domowym są niewielkie. Poza tym koszt rehabilitacji i sprzętu medycznego jest tak wielki, że trzeba dosłownie żebrać, żeby na niego nazbierać. Ja pracowałam przez kilkanaście lat, ale moja renta na pewno nie pozwala mi na zakup niezbędnego sprzętu. Nie miałabym żalu, gdyby dotacje, chociażby do mojego wózka były wyższe, a sięgają zaledwie połowy. Niedawno musiałam przeprowadzić jego remont i od trzech miesięcy czekam na zwrot kosztów z PCPR-u. Pani w NFZ poinformowała mnie uprzejmie, że po pięciu latach użytkowania należy mi się dotacja na nowy, a w przypadku mojego najwyższego stopnia niepełnosprawności mam do tego prawo każdego roku. Pytam się tylko za co ja mam go kupić?  Nowe koła i poduszka to koszt ponad 3000 zł, a wartość całego wózka ponad 9000 zł. Myślę, że wielu nie stać na kupno samochodu o takiej wartości, przy czym samochód może być fanaberią, a wózek jest mi niezbędny.

  Przez wiele lat nie korzystałam z pomocy państwowych instytucji, bo wierzyłam, że jakoś sama dam sobie radę. Od czasów wózka wszystko się zmieniło. Dlatego tak liczyłam na to 500 plus. A na razie chyba ogłoszę w domu 100 plus do skarbonki i może za 5 lat będę miała nowy wózek.

  Myślę, że moje rozgoryczenie bierze się również stąd, że czasami miałabym ochotę wreszcie odetchnąć i przestać się zmagać. Poczuć się wystarczająco bezpiecznie i z takim poczuciem patrzeć w przyszłość. Wiem, że takie myśli kłębią się w głowach wielu niepełnosprawnych i ich rodzin. Pozostaje mi nadzieja na to, że w naszym kraju ktoś wreszcie poważnie potraktuje nasze problemy i ja jeszcze tego dożyję.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Zaniedbanie.

  Saharyjskie upały na szczęście powoli odchodzą i mam nadzieję, że nie wrócą. Znowu będę mogła otworzyć moje balkonowe blogowe biuro. Upał dokucza mi najbardziej dlatego, że nie mogę spędzać czasu na dworze. Czuję się, jak sardynka zamknięta w puszce.

 To był trudny czas nie tylko dla mnie. Mój wujek musiał przejść operację wstawienia bajpasów, bo w ten upalny czas odezwały się jego problemy sercowe ze zdwojoną mocą. Najbardziej bulwersuje nas fakt wieloletniego zaniedbania ze strony lekarzy. Wujek kilkanaście lat temu przeszedł poważny zawał, po którym długo był w śpiączce. Potem zaczęło się żmudne dochodzenie do zdrowia i oczywiście faszerowanie lekami. Leki na nadciśnienie i obniżenie poziomu cholesterolu, a w konsekwencji na rosnący poziom cukru. Tylko, że to nie zatrzymało w żaden sposób blaszki miażdżycowej, która powolutku i po cichutku zarastała żyły. Zadziwia mnie fakt, że przez te wszystkie lata żaden lekarz nie wpadł na pomysł, żeby zbadać stan żył i tętnic. Nikt również nie pokierował mądrze jego dietą

  To kolejny dowód na to, że leki niczego nie leczą!!! Jedynie zmianą sposobu żywienia i całego stylu życia można sobie pomóc!!!  Musimy zacząć zdawać sobie sprawę, że problemy z krążeniem i okładającą się blaszką miażdżycową dotyczą coraz młodszych.  Dużo stresu, przemęczenie, byle jakie jedzenie i trucizny na każdym kroku. Wszystko to powoli i skutecznie niszczy nas od środka.  Dlatego w moim domu coraz bardziej zmieniamy nawyki. Na porządku dziennym jest po pierwsze woda z miodem i dużą ilością witaminy C. Po drugie duże dawki flawonoidów zarówno w suplementach, jak i świeżych owocach i warzywach. Po trzecie coraz mniej mięsa, szczególnie wieprzowego, które jest przyczyną stanów zapalnych. I po czwarte coraz więcej spacerów. A po piąte...ciągle szukam naturalnych metod, jak zapobiegać i radzić sobie z istniejącymi chorobami. A, kiedy już się tak naszukam, naczytam i zmęczę, to odpoczywam z lampką czerwonego wina. Oczywiście z powodów czystko zdrowotnych :))))

Dlaczego czerwonego i dlaczego polifenole z wina, warzyw i owoców mogą nas uratować, przeczytajcie w artykule "Polifenole, najprostszy sposób na zdrowie"



Purpurowy Winogron, Winnica, Napa Valley










piątek, 14 czerwca 2019

Upał niemiłosierny, a mnie się wciąż chce.

   Upał, gorąco, ukrop w ciapki. A ja mam swój azyl na balkonie wśród pachnących i cieszących oko kwiatów. Urządziłam sobie "blogowe biuro" na świeżym powietrzu i gdyby tylko nie trzeba było gotować, prać i sprzątać, spędzałabym tam cały dzień. No może prawie, bo balkon jest od zachodniej strony i mimo dużego parasola po południu grzeje niemiłosiernie.





Oczywiście zielona herbatka w bardzo praktycznym kubeczku z pokrywką i peak veggie na pobudzenie komórek mózgowych i odpędzenie zmęczenia.

Doglądam również mojego małego ogródka ziołowego. Pierwszy koperek już powędrował do obiadu.




           



                     





   Stałam się posiadaczką nowych terenowych kół do wózka. Z czego bardzo się cieszę, bo wreszcie nierówny teren, trawa, piasek, żwir nie są mi straszne. Opanowanie nowego wyposażenia trochę mi zajęło czasu i wysiłku, bo wózek stał się mniej zwrotny i trochę cięższy. Dlatego muszę jeszcze więcej ćwiczyć mięśnie rąk, chociaż sama jazda jest już całkiem niezłym treningiem.










                  Obraz może zawierać: Bożena MaÅ‚achowska, uÅ›miecha siÄ™, siedzi, niebo i na zewnÄ…trz



Moje tricepsy, bicepsy i co tam jeszcze zawierają moje ręce niedługo zaczną wylewać się z rękawów.
Jestem również wstępnie umówiona na lot motolotnią, ale muszę zebrać jeszcze trochę odwagi. Lotnisko mam pod nosem i na razie jeżdżę podziwiać wyczyny panów motolotniarzy.

                                          


                          



Odkrywamy z mężem nowe miejsca i staramy się sprawiać sobie małe przyjemności. Chociażby pyszna kawka i szarlotka z widokiem na jeziorko.


               





                                 



Czasami można sobie pozwolić na małe grzeszki w diecie tym bardziej, że moje upragnione 57 kg czeka tuż za rogiem, a ukochane 55 kg zbliża się wielkimi krokami.




   Nie musiałam szczególnie stawać na rzęsach i powolutku, ale systematycznie zrzuciłam nadprogramowe 3 kg i dzięki temu, kiedy chodzę moje nogi  nie odczuwają zbyt szybko zmęczenia. Na szczęście coraz częściej i chętniej wędruję po domu i wstaję z wózka. Tylko ciągle muszę się dyscyplinować i motywować do działania. Ciągle i ciągle. A mózg i ciało czasami chcą mieć totalnego lenia. Ech... Na szczęście moja ciekawość świata zwycięża i nie pozwala mi leżeć w łóżku.

  A w nagrodę za wytrwałość serwuję sobie deser z truskawek. Czy wiecie, że truskawki chronią nasze serce i zapobiegają zawałom?  W takie upalne dni, jak ostatnio osoby z problemami krążenia cierpią najbardziej, dlatego natura podsuwa nam całkiem smaczne rozwiązanie. Nie wiedziałam, że truskawki są aż tak zdrowe. Poczytajcie, a sami się przekonacie.



https://zdrowiewmodnymstylu.blogspot.com/2019/06/truskawka-idealna-na-upa.html





Pierwszy raz widziałam takie cudne maki.



                                  




I tak oto płynie mi dzień za dniem, raz szybciej, a raz wolniej, ale najważniejsze, że zawsze do przodu :D Wkrótce opowiem Wam o nowej terapii, której się poddałam z ciekawości, a która spowodowała, że ból kręgosłupa już mi tak nie dokucza. Klawiterapia, bo o niej mowa, bardzo fajnie rozluźniła również mięśnie barków, które dostają w kość po dłuższej jeździe na wózku. W trakcie zabiegu zaczęły również ożywać moje stopy, które przecież są bezwładne! Rewelacja :D Zobaczymy, co będzie dalej.






Pozdrawiam słonecznie :D





wtorek, 14 maja 2019

Polak głodny, to zły, czyli o skutkach ubocznych diety Dąbrowskiej.

 



  Ponieważ nie ustaję w poszukiwaniu sposobu na wyeliminowanie choroby i jej skutków ubocznych, postanowiłam wypróbować na sobie słynną dietę doktor Dąbrowskiej. Słyszałam o jej skutkach same ochy i achy, zrzucone kilogramy, więcej energii itd.itp. Zabierałam się do niej od dawna, ale jakoś brakowało pomysłu i motywacji. Tym bardziej, że całe życie byłam mięsożercą i nie przywiązywałam większej uwagi do roli warzyw i owoców. Dopiero Flavon zmienił moje nastawienie i skłonił do poszukiwań i zmiany stylu życia, a przede wszystkim odżywiania. I tak na hasło koleżanki:zaczynamy Dąbrowską! ruszyłam z kopyta do akcji.

   Pełna zapału obstawiłam kuchnię miskami z warzywami i owocami, nożami, deskami, garnkami, aż blatu roboczego na przerabianie zabrakło. Odpaliłam stronę z przepisami i zabrałam się do roboty. I tak po kilku godzinach krojenia, siekania, mieszania, gotowania i smażenia powstała zupa ogórkowa na wywarze jarzynowym, kalafior w sosie pomidorowym, trzy rodzaje sałatek, frytki z warzyw. Usatysfakcjonowana zapasem na kilka dni i kompletnie obolała klapnęłam wieczorem na kanapę z wielka ulgą. I wówczas się zorientowałam, że żadnej z tych potraw w ferworze walki nawet nie zjadłam. I wtedy zapaliła mi się lampka! To na tym polega ta dieta!  Brak czasu na jedzenie, najlepszą metodą na odchudzanie :DDD


                                      


  Po pierwszym dniu kuchennej rewolucji kręgosłup tak mnie bolał, że leżałam, jak zdechlak, od czasu do czasu aplikując sobie rzadziutką zupkę na przemian z kalafiorkiem i sokami warzywno-owocowymi. Nawet przekonałam samą siebie, że wcale nie jestem głodna i nie mam ochoty na kanapeczkę z kiełbaską, która ta cudnie pachniała w lodówce, ani z domowej roboty truskawkowym dżemikiem. Eeeeeech........Najgorsze było to, że stres spowodowany zbyt szybkim tempem pracy i głodem sprawił, że ból kręgosłupa narastał i rozprzestrzeniał się na wszystkie mięśnie. I tak zagryzałam moje warzywka tabletkami przeciwbólowymi. Dzień i noc. Złość narastała razem z bólem i wszystko zaczęło mi przeszkadzać. Mój biedny mąż chował się z mięsnymi obiadkami, ostrzył wszystkie noże, które raptem okazały się być dla mnie nieprzydatne do krojenia czegokolwiek, solidarnie siekał  i wyciskał mi soczki.

                                       

  Po czwartym dniu wiecznego kalafiora, kapusty i niekończącej się ogórkowej oraz kolejnej nieprzespanej nocy spowodowanej bólem i zimnem, mimo ciepłej piżamy i dodatkowego koca, powiedziałam dość!!! Sobotni poranek zaczęliśmy wspólnym śniadaniem. Słodziutka herbatka z cytrynką, bułeczka okropnie pszenna z kiełbasą i dżemikiem. Humor od razu skoczył do góry, a dosłownie po godzinie ustąpiły wszystkie bóle.

To było ogromnie trudny eksperyment, ale jednocześnie bardzo owocny. 

Po pierwsze noże mam teraz ostre jak żyletki.

Wózek doczekał się konserwacji, bo przecież również zawinił i nagle stał się mega niewygodny.

Z pozostałego kalafiora powstała pyszna zupa krem.


                                     

Szczęśliwy mąż, który znowu ma radosną żonę.

Miska pyszniutkich kiszonych buraczków.

Pomysły na bezmięsne obiady.

Całe 1,5 kg w dół!!!

Kolejna porcja wiedzy na temat ludzkiego organizmu i jego potrzeb. Musiałam bowiem sprawdzić, dlaczego moja reakcja na dietę była taka, a nie inna. Wiem już dlaczego odczuwałam złość, mimo, że wcale nie byłam aż tak głodna. Ja nie, ale moje hormony, komórki, mięśnie i mikrobiota tak. Hormon głodu grelina szalał w tym czasie po całym moim organizmie. Jednocześnie spadek poziomu glukozy pociągnął za sobą serotoninę, która przestała  mnie chronić przed stresem, a w konsekwencji bólem i złym nastrojem. Dlatego własnie odczułam taki błogostan po zjedzeniu porządnej porcji cukru.

Nie przekreślam tej diety i może kiedyś jeszcze spróbuje, ale na razie postanowiłam, że moje oczyszczające głodówki będą trwały znacznie krócej, co będzie również zdrowsze dla moich mięśni.

Więcej informacji na temat złości podczas głodu i znaczenia greliny znajdziecie w poście na blogu       Zdrowie w modnym stylu: Grelina, hormon głodu.

                      Gruby, Nadwaga, OtyÅ‚ość, Waga