Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

piątek, 20 grudnia 2013

Nerwy, czy lepiej święty spokój ??

Święta to powinien być czas radości i spokoju. Jednak, co roku zamienia się w czas nerwów i stresu. Ludzie zamiast się do siebie uśmiechać i okazywać ciepło, warczą i się sprzeczają. Najgorzej jest na zakupach, kiedy wszyscy się przepychają między półkami i potrącają wózkami, wypełnionymi górą jedzenia, którego i tak nikt nie jest w stanie skonsumować. Potem będzie zamrażanie i wyrzucanie. Znowu ktoś zrobi awanturę, bo mandarynek zabrakło albo tuż przed nosem podnieśli mu cenę na karpia i śledzie. Panie kasjerki założą pampersy i z szybkością błyskawicy będą przerzucać tony towaru. Jedna z uśmiechem pożyczy” wesołych świąt”, a inna ledwo burknie „do widzenia”. Czasami im się nawet nie dziwię, bo często taka kasjerka, będąc na samym końcu łańcucha zakupowego, obrywa od nerwowych klientów. Kiedyś stojąc do kasy byliśmy świadkiem takiej awantury. Wkurzony klient darł się na kasjerkę, że mają bałagan w sklepie i, że inne ceny na półkach, a inne w komputerze i, że bananów już nie ma i, że …….w ogóle cały świat jest zły. Biedna nie wiedziała, co ma odpowiedzieć, a na wszelkie próby uspokojenia klient reagował nowymi wybuchami agresji. Wreszcie poszedł do działu obsługi klienta i tam kontynuował rozdrapywanie przedświątecznych ran. Zdenerwowana kobieta nawet nie zareagowała na nasze dzień dobry. Ja natomiast nie miałam już siły stać dłużej i chciałam pójść na ławkę na pasaż. Zaczęłam się, więc przepychać między naszym wózkiem, a barierką oddzielającą kasy. Szło mi całkiem nieźle, kiedy usłyszałam mojego męża:

- kochanie, jaką ty masz wielką pupę, chyba jednak się nie przeciśniesz!! –  kasjerka parsknęła śmiechem, podobnie, jak cała kolejka. Zostałam i kontynuowałam wygłupy z mężem. Wiem, co to znaczy być po drugiej stronie lady i być narażonym na humory klientów. Nie, nie strzeliłam focha, bo wiem, że wcale nie mam AŻ TAK wielkiej pupy, ale w spokoju odczekałam na swoją kolej.

Kolejne zakupy. Lawirujemy między półkami i docieramy do napojów. Uśmiechnięta dziewczyna zachęca nas do kupna coca coli w promocji.

- do całej zgrzewki dorzucamy maskotkę łosia
- nie, dziękuję, mam już jednego w domu – rzuciłam od niechcenia zezując w stronę męża. Biedna dziewczyna nie wiedziała, jak zareagować. Dopiero na widok języka wystawionego przez męża, wybuchnęła śmiechem. Ciekawe jak tym razem on mi się odgryzie J.

Na razie poddałam się odrobinę szaleństwu i kontynuuję sprzątanie. Chociaż chyba tylko ja wiem, gdzie było posprzątane, bo jak można coś posprzątać, wysprzątać, uporządkować, czy nawet nadsprzątać, kiedy nie jest nabałaganione i czyste. No tak, ale mus jest i tradycja też. Jeszcze tylko choinka i największe wyzwanie uszka. Pufam na samą myśl.

wtorek, 17 grudnia 2013

Ja się pytam dlaczego ???!!!

Przedświąteczny czas to totalne szaleństwo. Nie tylko w sklepach, ale w wielu firmach. Na ostatnią chwilę wszyscy chcą zrealizować dostawy. Pospiech, nerwy, załadunki, rozładunki, stres, nieuwaga. Wczoraj podczas jednego z rozładunków, operator wózka widłowego w pośpiechu chciał pokonać wysoki krawężnik. Wózek niestety przewrócił się i przygniótł operatora.  Przeraźliwy krzyk rannego przyciągnął tłum ludzi, którzy próbowali mu pomóc. Ale jak gołymi rękami unieść dwutonowy ciężar?! Wrzask bólu i rozpaczy trwał przez długie minuty. Kiedy wreszcie ucichł, nadjechał drugi widlak z pomocą. Karetka natomiast nadjechała dopiero po 20-stu minutach, chociaż nawet w godzinie szczytu mogła tam być w ciągu 5-ciu!

Mąż, który był świadkiem tego zdarzenia do tej pory słyszy ten przeraźliwy krzyk. Od razu nam się przypomniał wypadek męża sprzed kilku lat, kiedy w mikołajki stracił palca u ręki. Nerwy, pośpiech, chwila nieuwagi i ostry fragment urządzenia zmiażdżył mu palca. Kiedy jechałam do szpitala szukałam w głowie spokoju i słów pocieszenia. To tylko palec, a właściwie kawałek. Bez tego da się żyć. Będzie trochę przeszkadzać jego brak, ale można sobie z tym poradzić.

Jakiej porady udzielić temu człowiekowi i jego rodzinie?! Czy da się żyć ze zmiażdżoną połową ciała?! Nie wiem niestety, czy przeżył. Ciągle o nim myślę i modlę się. Chociaż nie wiem tak naprawdę o co? O to żeby żył, a właściwie wegetował, czy o to żeby się nie męczył?! Gdzie w tym momencie był Bóg i jego Anioł Stróż?! Czym byli tak zajęci, że o niego nie zadbali?! Gdzie właściwie są w takich momentach? Dlaczego akurat teraz, jeżeli już?! A co ze świętami, które mają być rodzinne i radosne?! Niestety już nie dla niego i jego bliskich. Rozumiem, że Bóg nas czasami doświadcza, niekiedy nawet bardzo. Rozumiem, że z tych doświadczeń płynie dla nas jakaś nauka i mądrość. Ale dlaczego ona musi być aż tak bolesna i okrutna?! Mogę się pogodzić z tym, że obdarza nas chorobami. Wtedy mamy jednak szansę coś zrozumieć, coś zmienić. Tylko, jaka nauka płynie ze śmierci lub tak tragicznych wypadków, że nikt nie jest w stanie się z nich podnieść?! Kogo i czego to uczy?!

Może i jestem małym głupiutkim człowieczkiem, który nie rozumie praw rządzących wszechświatem. Ale czasami chciałabym prostej, jasnej i PRAWDZIWEJ odpowiedzi na pytanie:, dlaczego?!!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nawigować, czy szatkować?

Na pierwszy ogień poszły ziemniaki. Kiedy dochodziłam do trzeciego kilograma, mąż mnie przystopował i stwierdził, że chociaż bardzo lubi, to takiej ilości placków ziemniaczanych nie zje. Musiałam się, więc przerzucić na inne warzywa. Cięłam je, plasterkowałam, rąbałam na wiórki małe, duże, na słupki cienkie i grube… Protest mojego domowego mięsożercy zatrzymał mnie w połowie wyrabiania góry surówek. Oflagował się i zażądał kotleta, bo surówki i duszone warzywa już mu bokiem i uszami wyłażą. Dla udobruchania go dorzuciłam jeszcze kilka koktajli owocowych i kawę z kruszonym lodem. Teraz siedzę i główkuję, co by tu jeszcze posiekać, poszatkować i zblenderować. Stałam się, bowiem przeszczęśliwą posiadaczka robota kuchennego. Już nie muszę się mordować z nożami, bo dłonie robią się coraz bardziej kapryśne i nie chce im się utrzymać noża J. Jestem tylko delikatnie rozczarowana, że on to wszystko robi tak szybko. Myślałam, że będę mogła spokojnie siedzieć i patrzeć, jak sieka i miksuje, a on bziuuuum i już. No co? Niektórzy na ten przykład, lubią siedzieć i patrzeć, jak pralka pierze J.

Na rzecz mojego cudnego Philipsa zrezygnowałam z nowej Nokii. Orange, bowiem oferuje dla przedłużających umowę, zamiast nowego telefonu, bon do Saturna lub Media Markt. Jestem pozbawiona nawigacji i nadal będę pilotką z głową w papilotkach, ale coś za coś. Najgorzej było z dokonaniem wyboru, co do marki, a potem z dostępnością. Okazało się bowiem, że kiedy już się przekopałam przez wszystkie opinie o Zelmerze, Braunie, Kenwoodzie i Moulinexie i już wybrałam model, oczywiście nie było go w Media. Niby największy sklep ze sprzętem, a na półce raptem kilka sztuk. Wszystkie upatrzone przeze mnie modele były, a i owszem, ale na drugim końcu Polski. No i chciał, nie chciał wybór padł na Philipsa, do którego nie byłam przekonana, ale na szczęście robi to, co chcę.

Szkoda tylko, że nie ma funkcji lepienia uszek J.  

piątek, 13 grudnia 2013

Totalny luz


Deszczowy wieczór. Wracamy z mężem z zakupów i w pewnym momencie zauważamy na przeciwległym pasie, na zakręcie drogi auto „na awaryjkach”. Przez otwarte okno widzimy, że za kierownicą siedzi kobieta. Wieczór, zimna mżawka, samotna kobieta, może zemdlała albo siedzi zaryczana i wystraszona. Zawracamy i parkujemy tuż za nią. Wypuszczam męża na zwiady. Pochylony stoi dosyć długo przy otwartym oknie. Zaczynam się niepokoić, że bez mojej zgody i wiedzy robi obcej kobiecie usta usta. W pewnym momencie patrzy na mnie skonsternowany i rozkłada bezradnie ręce. Już mam interweniować, kiedy od strony pasażera wysiada młody, rosły, nawet bardzo rosły mężczyzna. Oblega mnie strach. Zaraz wpierniczy mężowi za te bezprawne usta usta! Ale nie, on spokojnie opiera się jedną ręką o samochód, drugą chroni przed zimnem w kieszeni, mąż niestety dwoma (nie jest tak rosły) i spychają auto do zatoczki, która znajduje się kilka metrów przed nimi. 

Naszymi czarnymi wizjami wypchaliśmy sobie buty. Kobieta wcale nie zemdlała i nie była samotna i zrozpaczona, tylko bezmyślna, podobnie jak jej facet. Kiedy zgasł im samochód, po prostu włączyli awaryjki i spokojnie siedzieli i palili papierosy. Czekali na cud?! Żadne z nich nie znalazło czasu, ani ochoty żeby, chociaż ustawić trójkąt ostrzegawczy za autem! Tym bardziej, że rozkraczyli się na zakręcie drogi i w dodatku pod wiaduktem, którego filary ograniczają widoczność. Dopiero mąż ich nakłonił żeby, chociaż zepchnąć auto w bezpieczne miejsce, co „rosły” mógł zrobić sam i to paluszkiem od stopy, zamiast siedzieć i na luziku palić fajki!

 Sama nie wiem, czy to była tylko bezmyślność, olewatorstwo, czy już głupota zagrażająca bezpieczeństwu innych. Przez chwilę się nawet zastanowiłam, czy następnym razem też się zatrzymamy. Ale tylko przez chwilę. Myślę, że istnieją także ludzie myślący, którzy naprawdę będą potrzebowali pomocy i z chęcią ją przyjmą. I nie poczujemy się jak intruzi, narzucający się ze wsparciem.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Jest!!! Silikonowe marzenie.

Wreszcie spełniło się moje silikonowe marzenie. Milutkie i mięciutkie w dotyku, a zarazem jędrne i sprężyste tak, że żadne miętolenie, ani ugniatanie mu nie zaszkodzi. 100 % silikonu, z lekką domieszką poliuretanu. Najbardziej fascynują mnie te silikonowe włókna, które ułożone w spiralne rurki, mają w sobie tyle powietrza, że dają niesamowite wrażenie lekkości i komfortu. Kiedy się na nie mocniej naciśnie, to czuć pod dłonią, jak dosłownie żyją własnym życiem. Od kilku nocy mam typowo silikonowe sny. Nie śni mi się nic innego, jak tylko to, że śpię pod wędrującymi tam i z powrotem silikonowymi makaronikami. Bardzo przyjemne uczucie. O niebo inne, niż, kiedy spałam pod ciężkimi wielbłądami, stłamszonymi w poszewki kurami, czy gęśmi. Teraz nic mi już w łóżku nie gdacze, tylko miło szumi silikonowo poliuretanowym szeptem.

W związku z powyższym, za rok nie wywieszę dla Mikołaja poszwy za okno (tak, jak sugerował Desper), co by mnie nie przegapił. Wszystkie poszewki są teraz przeznaczone dla mojej nowej kołderki.
 

czwartek, 5 grudnia 2013

Czekam.

 Siedzę i czekam cierpliwie na Mikołaja. Zamontowałam już skarpetki. Oczywiście w dwóch wersjach, letniej i zimowej. Nie wiem bowiem, jakiego rodzaju chce mi dać prezent, a wolę żeby się nie zniechęcił. Dla ułatwienia zawiesiłam też torebkę, w razie gdyby skarpetki były jednak za małe. Jestem przygotowana i czekam, tylko ciekawe czy on jest gotowy na odwiedziny u mnie. No, ale przecież chyba sobie zasłużyłam. Byłam ostatnio całkiem, całkiem miła, czasami nawet grzeczna i zaczęłam pościć. Już nie jem na kolacje ptysiów :) (codziennie).

Jednak jednej rzeczy się boję. Może być bowiem i tak, że kiedy nadleci od strony balkonu to się wystraszy, że pomylił pory roku i zawróci. Pelargonie nie odpuszczają. Niby trochę więdną, ale nadal chciałyby kwitnąć. I co ja mam z nimi zrobić? Najchętniej zmusiłabym je do kwitnięcia aż do wiosny.


 
 
 
 
 
 
 


 
 
 



wtorek, 3 grudnia 2013

Stalowe marzenia

 


 
Zmarznięty, cichy świat, skulony w oparach mgły. Puste drogi i pola i tylko wiatraki walczą dzielnie, długimi ramionami rozgarniają powietrze w poszukiwaniu słońca. Już mi nie przeszkadzają ich smukłe sylwetki na tle nieba. Stalowe olbrzymy z małymi głowami ukrytymi w chmurach. Ciekawe o czym marzą. Może chciałyby jeszcze urosnąć?  
 
 
 
 

 
 



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Potrafią być bardzo skutecznie i mglisty poranek zamienić w piękny, słoneczny dzień i wieczór.
 
 
 


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Echa przeszłości. Gross-Rosen

 Dużą część Przedgórza Sudeckiego zajmują Wzgórza Strzegomskie. Jest to obszar bogaty pod względem geologicznym, dlatego znaczna jego część zajmują kamieniołomy, w których jest wydobywany głównie granit, który od wieków stanowi cenny materiał budowalny. W czasach wojennych do jego wydobycia wykorzystywano więźniów z obozów koncentracyjnych. Jednym z największych był obóz Gross-Rosen, zlokalizowany nieopodal wsi Rogoźnica, który w 1944 roku miał 100 filii na terenie Dolnego Śląska, Sudetów i Ziemi Lubuskiej. Mordercza praca w kamieniołomie, znęcanie się i maltretowanie przez załogę SS, małe racje żywnościowe i brak należytej opieki zdrowotnej powodowały znaczną śmiertelność wśród więźniów. Obóz Gross-Rosen był postrzegany, jako jeden z najcięższych obozów koncentracyjnych.   
Nie mam zdjęć z muzeum Gross-Rosen, bo dla mnie to jak fotografowanie pogrzebu. Wystarczą mi wspomnienia tego miejsca i ogromna lekcja pokory, jaka zostanie we mnie na zawsze. Kiedy czasami zaczynam jęczeć, że coś mnie uwiera lub czegoś mi brakuje myślę o ludziach, którzy mieli po stokroć gorszy los niż ja. Im brakowało wszystkiego poczynając od godności. Zniewoleni przez chorą ideę fanatyka, który pociągnął za sobą rzeszę podobnych mu szaleńców. Nigdy nie zrozumiem, jakim prawem ktoś skazuje drugiego człowieka na cierpienie, decyduje o jego życiu i śmierci. Mówi mu, że jest zły, bo ma inne wyznanie, kolor skóry, wygląd lub poglądy. I to w imię władzy. A czymże jest ta władza?! Mija podobnie, jak człowiek, który jej pragnie. W obliczu śmierci jesteśmy tacy sami.
Zdjęcia z kamieniołomy nieopodal Rogoźnicy.