Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Podaj dalej.

Dlaczego ludzie robią sensację z tragedii innych? Rozumiem zainteresowanie, które wynika  ze współczucia i niesie ze sobą pomoc. Nie rozumiem natomiast niezdrowego podsycania emocji ludzi, którzy cierpią z powodu straty bliskiej osoby. Przekazywanie im nowych tzw. "informacji" na temat śmierci ukochanej osoby uważam  za coś okrutnego. Przecież to nie jest plotka o tym, że sąsiadka kupiła nowego psa lub zafarbowała włosy na różowo. Inaczej też odbiera takie "informacje" pani z kiosku, a inaczej osoba, której świat się rozsypał na milion kawałków. Czy ona naprawdę musi "to" wiedzieć. Musi znać nowe szczegóły z tragicznego zdarzenia?! Czy musi wiedzieć, że śmierć nie nastąpiła szybko, tylko, że umierającą wstrząsały konwulsje i rzęziła próbując złapać ostatni oddech?! Czy resztkami sił łapała powietrze, jak ostatnią deskę ratunku z pełną świadomością tego, co się dzieje i przy ogromnym bólu? Czy może to nieświadome ciało działało automatycznie, bo jego naturalną funkcją jest życie? Co mam teraz zrobić z tymi "informacjami" i pytaniami? Kto mi odpowie?! Myślałam, że ilość pytań typu "dlaczego" zaczyna maleć, a po tej sensacyjnej "informacji" dobrze poinformowanych i życzliwych sąsiadek, rozmnożyła się na nowo i krąży wokół mnie.

Żałoba jest jak wzburzone morze, w którym kotłują się wszystkie emocje. Już powoli widziałam, jak niektóre fale wygładzają się i spokojnie suną do brzegu. Dzisiaj znowu jest sztorm, a we mnie szaleje ból, żal, smutek i GNIEW. Na wszystkich i wszystko! Gniew, który uważam za najgorsze z uczuć, jakie można w sobie nosić i z którym najtrudniej sobie poradzić!

Nie tylko sąsiadki grają w "podaj dalej". Rozpowszechnianie tej "informacji" wśród pozostałych członków rodziny uważam za co najmniej niestosowne. Nie wiem, może to działa na zasadzie odrzucania od siebie śmierdzącego jajka?! Masz, łap i zrób sobie z tym co chcesz. Widzę, że zaczynasz się powoli wykopywać z czarnej dziury. Jeszcze za wcześnie, poczekaj i posiedź w niej ze mną! Szkoda, że nie pomyślisz, że jeżeli ja nie będę silna, to nie pomogę Tobie.

Odrzucam to jajo w przestrzeń, niech tam się rozpadnie i przestanie istnieć. Mam już dosyć rozpatrywania wszystkich sensacyjnych "informacji" na temat wypadku. Chcę myśleć ciepło o zmarłej i pamiętać ją z lepszych momentów. Chcę żeby moje morze uspokoiło fale.  

środa, 11 stycznia 2017

Staram się.

Święta, Sylwester, Nowy Rok minęły jak kolejne dni tygodnia. Bez radości i wyjątkowej atmosfery. Za dużo było w nas smutku, żeby przeżywać ten okres tak, jak zazwyczaj. Po prostu go przetrwaliśmy.

Nadszedł kolejny rok i kolejne zmagania, a właściwie ciąg dalszy. Staram się skupić na czymś, co oderwie myśli od smutnych wspomnień i refleksji. Staram się zadbać o swoje zdrowie, które zaczyna coraz bardziej znikać. Topnieje w oczach. Szkoda, ze śnieg za oknem nie topnieje tak szybko, tylko przeraża. Nie cieszy mnie ta zima, nawet z bezpiecznej odległości. Pierwsze kroki na śniegu wywołały taką panikę, że nawet wykładzina w sypialni wydawała mi się śliska. Mięśnie padły, bo psychika leży na dnie. Mówi się, że w zdrowym ciele zdrowy duch. W moim wydaniu brzmi to inaczej. Im zdrowszy duch, tym silniejsze ciało. Ponieważ na razie z tym duchem jest kiepsko staram się zadbać o ciało. Wiem, że muszę ćwiczyć, bo ktoś mądry ostatnio mi powiedział, że po prostu muszę. Żałoba żałobą, smutek smutkiem, ale ja jeszcze żyję i jeżeli chcę jeszcze przez jakiś czas funkcjonować jako tako, muszę ćwiczyć, bo nie wiadomo ile jeszcze będę musiała żyć. Żyć, a nie być skazaną na wegetację w totalnym uzależnieniu od innych. Tego uzależnienia boję się najbardziej. No tak, ale wózka też się bałam, a w końcu musiałam go zaakceptować, czy mi się to podoba, czy nie.

 Leżę zatem na macie do ćwiczeń, obok ciężarki. Patrzymy na siebie z niechęcią i czasami....tylko leżymy. Tak, jakby od samego patrzenia na nie miałoby mi się polepszyć. Staram się jednak dzień po dniu kontrolować myśli, stawiać je na baczność. Nogi przy okazji też, chociaż w myślach. A czasami zwyczajnie odpuszczam tak, jak ostatnią wizytę u lekarza. Nie miałam siły szamotać się z kilogramami dodatkowej odzieży hamującej ruchy i walczyć z paniką przed śliskim chodnikiem. Wychodzę tylko, kiedy muszę. A obecnie moim największym marzeniem jest by wreszcie zamieszkać na parterze i móc wyjeżdżać z domu na wózku, zamiast z mozołem pokonywać kilkanaście schodków.  Dziwne marzenie prawda? Powinnam raczej myśleć o zbieganiu po nich z łatwością.... Chyba moje marzenia stały się tak samo tchórzliwe, jak ja. Ale staram się. Może, kiedy wreszcie podniosę półkilogramowy ciężarek bez wysiłku, moja psychika poszybuje. Dostanę pozytywnego kopa i motywację, że jeszcze mogę coś wycisnąć z tego chuderlawego ciała? Może? Może, kiedy posmarowanie kanapki masłem przyjdzie mi z łatwością, a szczoteczka do zębów przestanie wypadać z dłoni, poczuję, że odniosłam sukces? Jasne, że można zamienić kanapki na płatki, a szczoteczkę na elektryczną i ułatwić sobie życie. Ale ja chyba wciąż lubię wyzwania. Tylko chwilowo jestem do nich negatywnie nastawiona. Niektórzy mi mówią, że to przez stres. Wiem, że po części to prawda. Tylko, czy wyciszenie wróci mi siły albo przynajmniej zatrzyma ich resztki?

Wierzyłam, że Bóg daje każdemu z nas taki krzyż, który będzie w stanie dźwigać. Mnie już zwyczajnie bolą barki i chciałabym go odłożyć na bok. A może Bóg wie, że mogę popracować nad mięśniami i dalej dźwigać swój ciężar, ale z mniejszym trudem? Ciekawe co On wie, czego ja nie i co to za super niespodzianka mnie jeszcze czeka?

Strasznie dzisiaj marudzę. Wiem. Ale wiem też, że to nie leży w mojej naturze. Chciałabym wrócić do prawdziwej siebie i znowu mieć radość i siłę. Idę zatem poćwiczyć. Może dzisiaj nie skończy się tylko na leżeniu.