Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

czwartek, 28 marca 2013

Wielkanoc i wiosna



Wielkanoc i wiosna są dla mnie jak prawdziwy detoks dla ciała i ducha. Nie Nowy Rok, kiedy większość solennych postanowień poprawy, bierze w łeb, bo zimowa aura nie sprzyja zmianom. To wiosna jest jak symboliczne Zmartwychwstanie, przebudzenie z zimowej apatii, kiedy to z zapałem podejmuję nowe działania.

Dla mnie czas przed Wielkanocą, to okres smutku i zadumy.  Żal mi Chrystusa, który musiał umrzeć za nasze grzechy i tego, że tak cierpiał. Kiedyś myślałam, że ja również cierpię po to, by innym było lepiej. Kiedy komuś z moich bliskich działa się krzywda, modliłam się prosząc o pomoc i obiecywałam, że ja dam sobie radę z moim cierpieniem, bo jestem przyzwyczajona, w zamian za bezpieczeństwo moich bliskich. Teraz już wiem, że to zarozumialstwo z mojej strony. Nie mam bowiem mocy zbawiania innych i nie mnie do tego celu wyznaczył Bóg. Każdy zasługuje w życiu na to, co najlepsze. Tak, jak inni na szczęście i pomyślność, tak ja na zdrowie. Mogę pokutować i przepraszać za swoje grzechy, chociaż niektórzy twierdzą, że ja nie mogę mieć przewinień. Taki chorótki Aniołek, który wystarczająco cierpi i nie ma za co przepraszać. A co chorótki, to grzeczniutki?! Właśnie przez to, że cierpi niezasłużenie może mieć okropny charakter i pretensje do świata i może być wstrętny i zgorzkniały i….. No tak, ale, po co? Nikomu z tego powodu nie będzie lepiej.
 Dlatego na wiosenną Wielkanoc oczyszczam duszę z wszelkich ciężarów. Odpuszczam sobie i innym i zaczynam nowe życie. A po Świętach zacznę super oczyszczającą dietę i schudnę jakieś hmmmm….. 5 kilo? No może chociaż 3.

Niech wszystkim te Święta przyniosą to, co najlepsze i najbardziej przez nich oczekiwane. Dużo mądrych przemyśleń w tym Ważnym Tygodniu i radości ze Zmartwychwstania, życzę wszystkim, którzy trafili na mojego bloga.


środa, 27 marca 2013

Wielkanoc tuż, tuż

 
 
 
Moje Wielkanocne dzieła. Robiłam je z radością i niemałym trudem, ponieważ czasami małe chińskie szpileczki były bardzo krnąbrne i wolały latać po pokoju niż się wpinać.
 
 
 
 



 






 

 
 
 




 

 


poniedziałek, 25 marca 2013

Lekarze specjaliści


Lekarze specjaliści neurolodzy, w moim przypadku nie zdali egzaminu. Najpierw dawali nadzieję a później ją odbierali, bo żaden nie potrafił postawić prawidłowej diagnozy. Wszystko to były eksperymenty i próby leczenia nie wiadomo czego.

Kiedy miałam 15 lat pani profesor stwierdziła, ze zdziwieniem, że jeszcze żyję i skoro jakoś się ruszam, wbrew diagnozie, to ona nic więcej nie może dla mnie zrobić, bo nie wie co. Oddała moim rodzicom dokumentację medyczną i życzyła szczęścia. Nawet się ucieszyłam. Miałam dosyć corocznych meczących i bezsensownych kontroli w klinice w Warszawie.  Po ostatniej wizycie, na wiele lat skończyłam z lekarzami. Uważałam, że żaden z nich i tak nie może mi pomóc. Wybrałam terapie alternatywne, dzięki którym nie poddałam się i nie poddam bez walki!
 Do wizyty u specjalisty zmusił mnie ciągnący się miesiącami ból kręgosłupa. Uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie. Praca, prowadzenie auta, wycieczki górskie, wszystko, co tak mnie cieszyło stało się koszmarem.  Na wizytę szłam nastawiona bardzo sceptycznie. Zapaliło się jednak jakieś światełko w tunelu, kiedy lekarz po przepisaniu mi garści tabletek na bóle kręgosłupa, stwierdził, że to dopiero początek terapii. Najpierw poradzimy sobie z kręgosłupem, a potem zobaczymy. No i zobaczyłam… Wielkie nic. Tabletki nie pomogły, a ból trwał i doprowadził do poważnej utraty masy mięśniowej w nodze, a mój lekarz stwierdził tylko, że tak już musi być, bo nieustanne bóle to taka moja uroda!  A nie mówiłam, że tak będzie?! Co mi może pomóc jakikolwiek lekarz?! Gdybym wtedy trafiła do dobrego rehabilitanta.....
Kolejny neurolog na mój widok zrobił niepewną minę, a po przeczytaniu obszernej dokumentacji medycznej wręcz był zagubiony. Wybawiłam go więc z kłopotu i powiedziałam, żeby się nie trudził tylko wypisał mi skierowanie do szpitala na rehabilitację. Moje kolejne wizyty u lekarza wyglądają, jak w sklepie. Co dzisiaj sobie Pani życzy? Skierowanie czy tabletki? Teraz już sama muszę wiedzieć, po co idę do „specjalisty”. Bardzo uczciwie mnie potraktował ordynator NZOZ NEPTUN w Kudowie Zdrój. Od razu powiedział, że nie sądzi, żeby którykolwiek ze specjalistów odgadł co mi dolega i mógł mnie wyleczyć. Zalecił mnóstwo mądrych ćwiczeń, bo tylko one są w stanie mi pomóc. Rehabilitacja i jeszcze raz rehabilitacja, a nie różowe albo żółte tableteczki. Dzięki specjalistom z Neptuna mam szanse jeszcze trochę pochodzić i na pewno nie wybieram się na jakiekolwiek wydumane badania, bo nie lubię być królikiem doświadczalnym.

czwartek, 21 marca 2013

Duma i uprzedzenie



Nigdy nie chciałam korzystać z pomocy instytucji wspierających osoby niepełnosprawne ani żadnych technicznych ułatwień.  ZUS, MOPS, PFRON były dla mnie nic nieznaczącymi nazwami. Nie chciałam żadnej łaski od państwa. Zdecydowałam, że sama sobie dam radę. Byłam również daleka od środowiska osób niepełnosprawnych, bo obawiałam się, że są to ludzie, którzy tylko narzekają na swój los i mówią tylko o chorobie. A gadanie o nieszczęściu tylko jeszcze bardziej dołuje. Udawałam, więc, że jestem zdrowa i sprawy ludzi chorych mnie nie dotyczą. Obrażałam się, kiedy Pani na parkingu nie chciała ode mnie opłaty i proponowała, żebym wyrobiła kartę parkingową. Wciskałam jej na siłę kasę i odmaszerowywałam z dumnie uniesioną głową. Wyjazd do sanatorium był dla mnie ujmą na honorze. No, bo ja nie jestem chora i nie potrzebuję!
 Teraz trochę schowałam dumę. Korzystam z miejsc dla osób niepełnosprawnych i wygodnych toalet, bo dlaczego nie? Znalazłam fantastyczne sanatorium (link do strony poniżej), w którym poznałam ludzi chorych, ale nie bidulków użalających się nad sobą. Ludzi, którzy walczą i wygrywają i mają w sobie radość i pasję życia. Bardzo imponowały mi starsze panie, które przez całe życie walczyły z różnymi dolegliwościami, ale starały się żyć pełnią życia. Kolejne problemy ze zdrowiem były nowymi sprawami, które trzeba opanować i biegnąć dalej przed siebie. Niektórzy młodzi i zdrowi ludzie nie mają w sobie takiej radości i hartu ducha.
Ostatnio nawet się trochę poddałam i pierwszy raz w życiu usiadłam na wózku. Bardzo chciałam zobaczyć Panoramę Racławicką. Przy wejściu Pani nas poinformowała, że podejście na rotundę jest bardzo długie i strome i z uśmiechem na twarzy zaproponowała, żeby mąż zawiózł mnie na górę przygotowanym na takie okazje wózkiem. Zrobiła to bardzo naturalnie i nie poczułam się wcale nieswojo. Chociaż kiedy po długiej i bardzo męczącej jeździe pod górę, szczególnie dla mojego męża, początkowo nie mogłam się skupić na obrazie, tylko obserwowałam reakcje innych zwiedzających. Patrzą na obraz, czy na mnie? A nawet jeżeli na mnie, to jestem równie interesująca, co obraz! J
Pewnie, że nie chciałabym korzystać z tych wszystkich udogodnień. Zamiast do sanatorium jeździć na wczasy w góry, leżeć i czytać książkę, a nie obowiązkowo ćwiczyć mięśnie, biegać po schodach i nie szukać windy i wiele innych rzeczy. Ale jest, jak jest i fajnie, że czasami ktoś pomyśli, żeby mi ułatwić życie, oby jak najwięcej J.

wtorek, 19 marca 2013

Osiołek












Kazdy z nas rodzi się inny i dorasta w różnym środowisku i z różnymi możliwościami. Jednak tylko od nas zależy, czy we własciwy sposób wykorzystamy to, czym nas obdarowano. Można być pięknym i bogatym, ale niewrażliwym i znudzonym codziennością. Można być ciężko chorym, ale mieć w sobie radość i pasję życia i obdarować nią cały świat. Trzeba po prostu chcieć żyć i nie marnować czasu.

Lekarze, cudowne istoty. Żaden z nich nie umiał na mnie spojrzeć jak na CZŁOWIEKA. Byłam ręką, nogą, kręgosłupem i tylko tyle. Proszę brać witaminy i ćwiczyć, z podtekstem – tu i tak nic nie można pomóc.

 Nie dożyje 15 lat. A właśnie, że tak!! Po 20-ce usiądzie na wózku. A właśnie, że nie!! Nie pójdzie do pracy, nie będzie miała męża, nie zrobi prawa jazdy. A właśnie, że tak, tak, tak!!! Diagnozy domorosłych lekarzy i psychologów! Działają na mnie jak czerwona płachta na byka.

Szkolna pani psycholog. Chyba zdajesz sobie sprawę drogie dziecko, że tak (źle) będzie już zawsze. Musisz się z tym pogodzić i ułożyć jakoś życie (samotna i zamknięta w czterech ścianach).
Tak proszę pani. Ze złości miałam ochotę ugryźć ją w rękę, którą pocieszająco poklepała mnie po ramieniu.
Mogę wszystko, bo Wy mówicie, że nic. Nie pasuję do książkowych objawów. I nigdy nie będę. Chcę sama tworzyć własną rzeczywistość i brać za nią odpowiedzialność. Wiem, że tylko ode mnie zależy kim bedę w życiu i co osiągnę.
Dla mojego wewnętrznego osiołka kijem i marchewką jest Wasza niewiara i moja ambicja.

poniedziałek, 18 marca 2013

Moja droga do zdrowia


 
 
 
 
 Moją drogę do uzdrowienia ciała, która chyba nigdy się nie skończy, zaczęłam od zmiany sposobu myślenia. Wiedziałam, że jeżeli postaram się oczyścić umysł z negatywnych przekonań, to i moje ciało poczuje się lżej. Bardzo mi w tym pomogły książki, z którymi się nie rozstaję do dzisiaj. Pierwsza i myślę, że najbardziej wartościowa to „Możesz uzdrowić swoje życie” Louise L. Hay. Pozwoliła mi spojrzeć na siebie zupełnie innymi oczami i odrzucić błędne przekonania, które tkwiły we mnie od dzieciństwa.
Dzięki niej odkryłam, że sekret  tkwi w samoakceptacji i wybaczeniu. Do momentu, kiedy nie wybaczymy sobie i innym ciężary przeszłości będą nas powstrzymywać przed radością z życia. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nas skrytykuje lub sprawi przykrość. Czasami zupełnie nieświadomie. Zamiast rozczulać się nad sobą, możemy wyciągać najlepsze dla nas wnioski. Krytyka czasami pomaga spojrzeć na świat innymi oczami lub daje motywację do działania.  Musimy się nauczyć wybaczać wciąż i bez końca, bo rozpamiętywanie krzywdzi nas i tylko nas.
Największym jednak kluczem do sukcesu jest samoakceptacja. Ilu z nas potrafi stanąć przed lustrem i patrząc sobie w oczy powiedzieć z odwagą i uśmiechem: kocham i akceptuję siebie! Niewielu. Budzi się w nas bunt, gniew, strach lub smutek. No, bo dlaczego mam siebie akceptować? Jestem brzydki, mam krzywe nogi, jestem za gruby albo zbyt chudy, za niski lub wręcz jak tyczka. Tyle niemiłych rzeczy mamy sobie do zarzucenia. A Bóg nas stworzył takimi a nie innymi, na własny wzór i podobieństwo swoje. Dla Niego jesteśmy idealni i dla siebie również powinniśmy być.

Samoakceptacja daje nam lekkość ducha i pozwala odblokować wiele ciężarów tkwiących w naszym ciele. Pamiętajmy również, że jeżeli pokochamy samych siebie łatwiej odnajdziemy miłość w drugim człowieku.

Cienie przeszłości













Każdy z nas ma wspomnienia z dzieciństwa, lepsze lub gorsze. W mojej świadomości dominuje uczucie wyobcowania w środowisku dzieci, jak i dorosłych. Moje koleżanki z podstawówki trwały przy mnie tylko do rozdania świadectw. Ja, prymuska byłam im potrzebna głównie, jako pomoc w nauce, a na podwórku trudno było się ze mną bawić. Stacjonarne zajęcia były zbyt nudne, kiedy rozsadzała je energia i wolały skakać lub biegać. Dorośli natomiast woleli zachować bezpieczny dystans w obawie, że zostaną poproszeni o wsparcie. I tak na polu walki zostałam ja i moi rodzice. Dalsi krewni, którzy poznali mnie dopiero w dorosłym życiu, byli mile zaskoczeni, że chodzę, mówię i całkiem nieźle sobie radzę. Przez wiele lat przekonani, że jestem roślinką.

Wciąż brzmi w moich uszach stwierdzenie niektórych złośliwych sąsiadów: takie dziecko, to kara za grzechy. Trudno mi wtedy było w to nie uwierzyć. No tak, ale, za co Bóg ukarał mnie i moich rodziców?

Moje dzieciństwo przeistoczyło się w okres dojrzewania i buntu. Przeciwko Bogu, złośliwym ludziom i samotności. Postanowiłam, że przetrwam to wszystko i udowodnię całemu światu, że się mylił, co do mnie. Brnęłam przez długi ciemny tunel, ku światłu, którym wydawała mi się dorosłość i samodzielność. Najpierw jednak musiałam wybaczyć wszystkim, którzy świadomie lub nie zrobili mi krzywdę. Teraz już wiem, że kierował nimi strach o własne bezpieczeństwo, niewiedza i egoizm.
Do tej pory jednak, mam poczucie, że nieustannie muszę się starać, żeby nikt już nigdy nie zarzucił mi, że nie jestem dość dobra lub, nie nadaję się i nie zasługuję.

niedziela, 17 marca 2013

Porcelanowa laleczka











Dlaczego większość ludzi myśli, że osoby niepełnosprawne ruchowo są, delikatnie rzecz ujmując nierozgarnięte. Kiedy byłam młodsza nikt nie mówił o mnie do mnie, tylko do kogoś zdrowego kto był obok. Tak, jakbym nie była w stanie zrozumieć o czym mowa. Teraz czasami też się tak zdarza. Niestety nie wszyscy potrafią właściwie na mnie zareagować i prowadząc rozmowę nie patrzą mi w oczy. Tylko błądzą gdzieś wzrokiem, może w poszukiwaniu  ciągnącego się za mną na cienkiej niteczce mojego  mózgu ;) ? Ale ja mam zanik mięśni, a nie szarych komórek!

Najbardziej nie cierpię, kiedy ktoś na siłę próbuje mnie wyręczać w normalnych sprawach.  Stara się mnie odciążyć ponad miarę i odnosi odwrotny skutek. Zaczynam wówczas wątpić we własne możliwości i siły albo z uporem udowadniam, że mogę, potrafię i dam radę!  
Staram się jednak zrozumieć, że ludzie nie wiedzą, jak mają się przy mnie zachowywać. Budzi się w nich strach, litość, zażenowanie i rodzi się milion pytań. Czy powinni  rzucić się ku mnie na ratunek? Może lepiej nie zadawać zbyt wielu pytań i nie obarczać informacjami, bo mogę się zasapać? Nie wiedzą, czy się uśmiechać, czy wręcz przeciwnie, bo nie wiadomo jak na to zareaguję. Pytać ze współczuciem, co mi dolega lub lepiej nie, bo może wpadnę w histerię?
Rozumiem to, można się pogubić. Może gdyby niepełnosprawny nie był wciąż nowością w aktywnym życiu byłoby łatwiej.

 Nie jestem pustą w środku porcelanową laleczką.


 

piątek, 15 marca 2013

Empatia


Ostatnio pisałam o tym, że często ludzie na tzw. stanowiskach zapominają o ludzkiej twarzy. Tym po drugiej stronie również się to zdarza.  Na szczęście nie wszyscy tacy są, ale to zależy od naszego nastawienia do drugiej strony i sposobu w jaki postrzegamy innych. Ze zrozumieniem i szacunkiem, czy też nie.
Myślę, że najważniejsze we wzajemnych relacjach szef-pracownik, klient-sprzedawca, pacjent-recepcjonistka czy też petent-urzędnik jest próba zrozumienia tej drugiej strony. Każdy z nas ma uczucia i oczekuje szacunku. Sprzedawca oczekuje  od swojego klienta takiego szacunku, jaki  sam okazuje innym. Nie można stać na stanowisku: jestem klientem, płacę, żądam i wymagam! Jakim prawem?! Osoba po drugiej stronie lady to również człowiek, który ma problemy, choruje, czasami jest zmęczony  lub bez humoru. Dlaczego urzędniczka często na dzień dobry prezentuje niechętną postawę? Często bowiem  spotyka się z naburmuszonymi petentami, pełnymi pretensji, o to, że świat jest skonstruowany niezgodnie z ich wymaganiami. Może, więc zamiast robić awanturę niczemu niewinnej  recepcjonistce postarajmy się postawić w jej roli. Tłum rozzłoszczonych pacjentów i ona sama musi stawić czoło całej niezorganizowanej służbie zdrowia.

Dobrze by było, gdyby i druga strona myślała podobnie. Może dzisiaj pracownik nie ma formy, bo biomet jest niekorzystny albo ma jakiś poważny problem i nie jest aktualnie w stanie chodzić na rzęsach żeby zadowolić wszystkich.  Klient, czy pacjent często są tylko zagubionymi ludźmi, oczekującymi dobrego słowa, uśmiechu (mimo wszystko) i wskazówki, jak się poruszać w labiryncie trudnych spraw.

Recepta jest jedna. Empatia dla wszystkich stron.

czwartek, 14 marca 2013

Proch i pył


Każdy z nas chce czuć się ważny i doceniany. Szkoda tylko, że niektórzy aż za bardzo uzurpują sobie prawo do rządzenia i często bezmyślnego kierowania losem innych.

 Wielki prezes, dyrektor, kierownik itd., kim tak naprawdę są? Takimi samymi ludźmi, jak ci, którzy nie piastują takich stanowisk. Tylko szkoda, że zapominają, że wszyscy jesteśmy równi. W swoim zaślepieniu władzą krzywdzą swoich podwładnych, nie kierując się sercem.  Nie zawsze chodzi o pieniądze, chociaż te najbardziej nakręcają świat. Chodzi o to, by mieć nad kimś władzę. Niektórym wręcz sprawia przyjemność, to, że swoimi bezmyślnymi osądami lub decyzjami robią krzywdę.

Dyrektor lub wielki nadmuchany jak balon prezes, a w środku zwykły, zakompleksiony człowiek, który przez całe życie czuje się niedoceniony. Musi więc podnieść swoją wartość kierując losem innych. Dzisiaj ma władzę, a jutro będzie samotnym nędzarzem, bo przez całe życie wszystkich do siebie zrażał. I tak od wieków, jedni rządza, a drudzy cierpią. A potem umierają i ich działania tracą znaczenie.  Każdy z nas jest dzieckiem Boga. Szkoda, że o tym zapominamy i stajemy się tacy ziemscy i zadufani w swoje człowieczeństwo. Chciałabym żebyśmy byli bardziej Boscy niż ludzcy, bo słowo „człowiek” traci coraz bardziej na wartości.

Rozrzućcie moje prochy nad światem, niech duszą sumienia nieczyste.

środa, 13 marca 2013

Zosia samosia




Zawsze chciałam coś udowadniać sobie i całemu światu. Chciałam być dzielna i samodzielna. Nie lubiłam, kiedy ktoś się nade mną rozczulał, martwił się i zabraniał różnych tzw. trudnych rzeczy. Musiałam udowodnić, że nic nie jest trudne i nie potrzebuję niczyjej pomocy, a kiedy naprawdę była niezbędna wściekałam się, że muszę z niej skorzystać. Do tej pory nie bardzo potrafię korzystać z czyjejś pomocy, ponieważ obawiam się, żeby ktoś nie pomyślał, że jestem jakąś niedołęgą. Nie lubię sobie odpuszczać, ale moja ambicja czasami mi wręcz szkodzi. Zrobić milion rzeczy na raz, a potem paść na nos i odchorowywać przez kilka dni. No tak, ale ja chcę być taka, jak inni albo i lepsza! Super uczeń, idealny, wiecznie zaangażowany i przejęty pracownik, najlepsza gospodyni domowa itd. Żadnej taryfy ulgowej! Dlatego przez wiele lat wmawiałam sobie, że mogę żyć sama. Ambitny singiel!

 Życie na szczęście zweryfikowało moje poglądy. Fajnie jest, bowiem czasami sobie odpuścić i pozwolić, żeby ktoś mnie wyręczył w trudnych momentach.  Wypłakać się na ukochanym ramieniu, zamiast do poduszki, a najbardziej dzielić się radością, co dnia.  Teraz mam, kogo witać uśmiechem o poranku, opowiadać zabawne historie, ugotować przedziwny obiad, który nie ma nazwy, bo jest artystyczna twórczością J.

Zośka samośka odeszła w siiiiiiną dal. Okiełznałam trochę swoje zapędy w rozbudowywaniu własnego ego.  Ambitnie mogę rozbudować mięśnie, żeby mieć siłę zrobić w życiu jeszcze wiele fajnych rzeczy i to nie sama.

poniedziałek, 11 marca 2013

Dlaczego Pollyanna


 

Moją idolką zawsze była Pollyanna. Bohaterka książki, która po ciężkim wypadku przechodziła bolesne i nieprzyjemne zabiegi. Zawsze jednak z uśmiechem poddawała się zaleceniom lekarzy i nie uroniła ani jednej łzy. Postanowiła, że będzie dzielna i swoją postawą pomoże innym pacjentom. Lepiej jest, bowiem skupić się na problemach innych niż rozdmuchiwać swoje do niebotycznych rozmiarów.

 Dystans do samego siebie daje nam lekkość, z jaką przyjmujemy życie. Natomiast radość z pomocy innym dodaje energii do walki z przeciwnościami.

Zawsze chciałam być jak Pollyanna i swoją determinacją dawać przykład innym. Trzeba walczyć każdego dnia z wątpliwościami i lękiem. Kiedyś myślałam, że zdrowy może więcej. Teraz już wiem, że zdrowie nie jest żadnym gwarantem sukcesu. Możesz być zdrowy, ale leniwy i ospały i pozwalasz żeby świat żył bez Ciebie. Może dopiero utrata lub stały brak czegoś uczy nas, jak się otworzyć na rzeczywistość i korzystać z niej pełnymi garściami.  

Jeżeli nie mogę być zdrowa, to może uda mi się, choć trochę zaczarować świat i obdarzyć go radością i siłą.

niedziela, 10 marca 2013

W drodze do wiosny













 


już wiosna

szelest dżdżu szepcze między drzewami

już wiosna!

uśmiechają się słodyczą zieleni

noworodki kwiatów

już wiosna?

pytam zdziwiona

kurtki ortalionem szeleszcząc

wiosna -  zimowa?

 

piątek, 8 marca 2013

Piękno jest we mnie.

  

 
 
 
 
 

 



Szkolnym korytarzem idzie młoda kobieta. Najwyższa osoba w szkole, a na dodatek nauczycielka matematyki, co nie przysparza jej wielbicieli. Mija grupkę rozbawionych chłopców. W pewnym momencie jeden z nich podchodzi i wyciąga w jej stronę żółtego tulipana zakupionego z okazji Dnia Kobiet. Zostaje obrzucony nienawistnym spojrzeniem i dostaje w twarz niczemu niewinnym kwiatkiem. Oboje rozchodzą się ze łzami w oczach i upokorzeniem wypisanym na twarzy.
Chłopak chciał dobrze. Kobieta zaś mylnie myślała, że śmieją się z niej z powodu wzrostu, który wpędził ją w kompleksy. Przydomek „żyrafa” zawsze brzmiał jej w uszach. Wtedy wszyscy mieli jej za złe raczej to, że była bezlitosna i nerwowa na lekcjach. Nikt by jej nie dokuczał z powodu wzrostu, gdyby ona sama okazywała postawę pogodzonej ze sobą i radosnej osoby. Poczucie swojej inności miała wypisane na twarzy. Spotkałam ją w swoim dorosłym życiu. Miła, uśmiechnięta, serdeczna, a u boku ukochany mężczyzna. Ktoś ją jednak zaakceptował. Wiele czasu jednak jej zajęło zanim ona sama pokochała siebie.
Dlaczego kolekcjonujemy kompleksy? Każdy z nas jest inny. Fakt, coraz bardziej otwieramy się na świat i innych ludzi. Zbyt otyli, niscy, za wysocy, rudzi, łysi? Na szczęście to już tak nie dziwi, jak kiedyś. Mam nadzieję, że Ci na wózkach, o kulach, bez nóg, czy rąk również na stałe wpisują się w krajobraz naszego społeczeństwa.   Ale to od nas samych, sprawnych czy nie, zależy, jak będą nas postrzegać inni. Można się ukryć przed całym światem, ale, po co?!
 Każdy z nas ma piękno w swoim wnętrzu, tylko musi je wydobyć na światło dzienne.


 

czwartek, 7 marca 2013

ZUS a niepełnosprawni














ZUS poprosił mnie ostatnio na kontrolną komisję lekarską. Wiadomo, że spanikowałam. Zaczęłam się obawiać, czy mają ochotę na cudowne uzdrowienie mojej osoby, a tym samym pozbawienie świadczeń. Nie było wyjścia. Strach, strachem, ale jakoś zebraliśmy się z mężem w sobie i ruszyliśmy.

Dojeżdżamy na zastawiony po brzegi parking ZUS-u i z rezygnacją szukamy miejsca dla niepełnosprawnych. Jest! Na szczęście wolne, ale jedno jedyne na całą rzeszę chorych osób przybywających na komisje. Paradoks? Nie, raczej standard. Zastanawiamy się, co nas jeszcze niemile zaskoczy.

 Wejście do budynku na szczęście bez schodów. Toalety dla niepełnosprawnych niestety brak! Obecna bez żadnych udogodnień i z trudnym do obsługi zamkiem w drzwiach. Jak mnie później informuje pracownica „lepiej go nie zamykać, bo można się nie wydostać”. Fajnie!

 Ponieważ mamy jeszcze dużo czasu odbieramy numerek i próbujemy rozeznać, gdzie są gabinety lekarskie. Długi korytarz, na końcu drzwi otwierane brzęczykiem z rejestracji. Trzeba się spieszyć, bo rejestratorka trzyma guziczek bardzo krótko. Zdrowe nogi zdążą, a chore….. Siadamy więc w bufecie bliżej drzwi i czekamy aż wyczytają nasz numerek. Wreszcie. Brzęczyk, drzwi i kolejny długi korytarz. Mój gabinet na samiuśkim końcu. Boże zanim tam doczłapię, to będzie czas na kolejnego petenta!

Wchodzimy. Trzy lekarki. Biorą mnie w krzyżowy ogień pytań. Przeglądają, grubą jak encyklopedia, teczkę z dokumentacja medyczną, a mimo to wciąż podejrzliwie obserwują. Ich wątpliwości zostają rozwiane, kiedy zrzucam odzienie. Zaczynają mnie oglądać od stóp do głów, badać i mierzyć. Wreszcie widzę zrozumienie w ich oczach. Teraz zaczynają mieć wątpliwości w drugą stronę. Jak to możliwe, że jeszcze chodzę i oddycham? Wkracza mój mąż: to ambicja Pani doktor. Lepiej chyba walczyć niż leżeć w łóżku i czekać na śmierć? Wizyta zakończona pomyślnie. Jestem zamęczona.

Dawno nie nachodziłam się tyle, co w ZUS-ie!! Instytucji tak bardzo nieprzystosowanej.     

 

wtorek, 5 marca 2013

Mam marzenie....





Człowiek to taka istota, która wiecznie za czymś goni. To nic złego realizować swoje marzenia, bo każdy ma przecież prawo do łatwiejszego i przyjemniejszego życia.  Szkoda tylko, że spełniając swoje pragnienia, tak się zatracamy w pędzie, że zapominamy o tym, co w życiu jest najważniejsze. Otoczeni wreszcie tymi wszystkimi ulepszaczami życia ( super samochód, ogromny dom z ogrodem, najnowocześniejszy sprzęt itd.) dochodzimy do wniosku, że nie mamy już z tego takiej radości jak w momencie, kiedy nasze marzenie zakiełkowało w głowie. Po drodze, bowiem straciliśmy zdrowie a może i miłość, której nie mieliśmy czasu pielęgnować. Szkoda, że w tej wiecznej gonitwie o rzeczy zapominamy cenić proste sprawy, które podarował nam na starcie Stwórca.

Mam marzenie. Piękne czerwone szpilki, ale nie po to, aby stały na półce. Chciałabym móc w nich przetańczyć, choć jedną noc.

poniedziałek, 4 marca 2013

Jak odchodzi zima.....


 
 
 

Mam nadzieję, że to ostatni oddech tegorocznej zimy. Chociaż uważam, że każdą pogodę można pokochać, bo wszystko zależy od naszego nastawienia, to z odejścia zimy cieszę się najbardziej. Lubię ją najbardziej oglądać z okna cieplutkiego mieszkania. Przeraża mnie, kiedy muszę dreptać po śliskich, zaśnieżonych chodnikach. Chociaż poruszam się na czterech kończynach (dwie nogi + plus dwie kule), to i tak nie czuje się zbyt pewnie na śniegu i lodzie. Najgorsze, że zgodnie z modą ostatnich lat, większość podjazdów lub podejść do budynków jest wyłożona super śliskimi, ale za to tanimi płytkami. Szkoda, że ich twórcy najbardziej myślą o oszczędnościach niż o bezpieczeństwie. Ja niestety muszę się zastanawiać, gdzie stawiam każdy krok.

Dla mnie zima jest przepiękna, ale z daleka. Dlatego żegnam ją bez większego żalu J.