Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

piątek, 11 grudnia 2015

Siedzę i plotę.

Siedzę sobie i plotę, nie, nie głupoty :) Frywolitki. Zaczęło się w zeszłym roku od małych koślawych choineczek i śnieżynek, które bardziej przypominały kwiatki. Potem był ambitny plan na serwetkę Wielkanocną, która niestety świąt nie zobaczyła, bo plecenie jej zakończyłam bliżej lipca. Frywolitkowy zapał mi podskoczył, kiedy już w listopadzie wszystko zaczęło przypominać o kolejnych świętach. Znowu wzięłam do ręki kordonek i igłę. No tak, tylko po co te frywolitki? Sobie a muzom? Wszystkie mi się na choince nie zmieszczą. Ponieważ dla mnie wszystko musi mieć jakiś sens, wymyśliłam nowe zastosowanie dla plecionek.






I tak poszły w ruch kolorowy karton, nożyczki, klej i odrobina brokatu.





Moje pierwsze, własnoręcznie wykonane karteczki. Mam nadzieję, że ucieszą tych, do których powędrowały. Bardzo przyjemne, ale i pracochłonne zajęcie, dlatego jest ich w tym roku zaledwie kilka. Myślę, że przygotowania do kolejnego Bożego Narodzenia zacznę już na Wielkanoc :D








czwartek, 26 listopada 2015

FaniMani.pl aktualizacja.





Nadchodzi świąteczny czas, a więc i czas na prezenty. W tym całym zabieganiu wielu z Was zapewne korzysta z zakupów przez internet. I tutaj chciałabym Was do czegoś namówić. Otóż fundacja AVALON, do której należę współpracuje z serwisem FaniMani.pl. Skupia on w sobie ponad 500 wiodących sklepów internetowych. Robiąc w nich zakupy można pomagać wybranym fundacjom, a nawet poszczególnym beneficjentom. Kupujący robi zakupy nie ponosząc przy tym dodatkowych kosztów. To sklep przekazuje część zysku na wybraną fundację i podopiecznego.

Jak to działa?
  1. Kupujący zakłada własne konto na www.fanimani.pl i loguje się na nie
  2. Będąc zalogowanym na swoim koncie Kupujący wybiera Fundację AVALON jako cel, który chce wesprzeć
  3. Następnie Kupujący wybiera Podopiecznego, któremu chce pomóc, wpisując jego identyfikator w polu "Dodatkowe informacje" (pole to znajduje się w zakładce: "Moje konto" - "Ustawienia") w moim przypadku: Małachowska, 4519
  4. Robi zakupy w wybranym sklepie internetowym, klikając logo sklepu na stronie FaniMani
  5. Sklep przekazuje część zysku na wskazane przez Kupującego subkonto!

I gotowe :)

Będzie mi miło, jeżeli skorzystacie z takiej opcji pomocy dla mnie. Wiem, że o mnie pamiętacie, bo nadal na Waszych blogach widnieją banerki z moim zdjęciem. Niestety niektóre są już nieaktualne, ponieważ wózek już jest i to spłacony w całości. Natomiast wszelkie pieniążki, jakie uda mi się zebrać, przeznaczę na rehabilitację. Dlatego proszę o nowe banerki z przekierowaniem na stronę fundacji, gdzie znajdują się wszystkie informacje na mój temat. Link do mojej strony w AVALONIE http://www.fundacjaavalon.pl/nasi_beneficjenci/malachowska_bozena.html?highlight=WyJtYVx1MDE0MmFjaG93c2thIl0=

W razie pytań.....po prostu pytajcie :D Dziękuję za Waszą pamięć i wsparcie.




środa, 25 listopada 2015

Między słowem a ciszą




Dzisiejszego poranka na moim listopadowym niebie ukazała się tęcza. Pełna przepięknych barw i cudownego światła. Owionął mnie zapach bieszczadzkiej łąki, pól i lasów, wiosennych kwiatów i letnich poranków. Utonęłam w mięciutkich poduchach utkanych z pięknych słów pełnych radości i miłości. Tylko ja, cisza i cudowne obrazy. Już wiem, że to będzie moje najlepsze lekarstwo na wszystko. Na każdy niepotrzebny smutek. W tych słowach odnajdę spokój i radość, a także cząstkę siebie. Basia ma rację, wiersze można pisać nie tylko w melancholii i przygnębieniu. Poeta nie tylko dryfuje samotnie na bezkresnym oceanie, ale i wznosi się na chmurze światła aż do Boga.

Basiu, ogromnie Ci dziękuję za ten cudowny dar. Jeszcze dużo lektury przede mną, ale już się na nią cieszę, na odnajdowanie "między słowem a ciszą", Twojej piątej pory roku.



To prawdziwa perła......




Mam nadzieję, że moje jesienne, zimowe i każde inne poranki będą wypełnione tęczą. To nic, że śniadaniowa herbata wystygła, a jajka gotowały się, bagatela 20 min......... :)









poniedziałek, 23 listopada 2015

Mimo wszystko Szczawnica zdobyta.

Do Szczawnicy wróciłam z sentymentem. Chciałam przypomnieć sobie miejsca, którymi wędrowałam prawie trzydzieści lat temu. Nie byłam zdziwiona tym, że zmieniła się tak bardzo. Trudno wymagać, żeby to nadal było miejsce, które pamiętam z dzieciństwa. Zmieniło się i to bardzo, niekoniecznie na plus. Teraz postrzegam świat w innych kategoriach i z innymi wymaganiami. Mam mieszane uczucia co do Szczawnicy, ponieważ są w niej miejsca absolutnie nieprzystosowane dla wózkowicza, obok nowoczesnych deptaków, po których można mknąć na czterech kółkach z wiatrem we włosach. Ta nieprzystępność mnie zadziwia tym bardziej, że w końcu to miejscowość uzdrowiskowa. Czyli przeznaczona dla ludzi chorych i mniej sprawnych. Skąd zatem taka ilość schodów, która potrafi zmęczyć i zdrowego? Kiedy na nie patrzyłam pomyślałam nawet, że to może taka forma rehabilitacji. Zdecydowanie jednak odpada w przypadku wózkowicza.

W pierwszej kolejności postanowiliśmy odwiedzić plac Dietla.





Otoczyły nas schody z każdej strony. Żadnego podjazdu dla wózka, ani windy. Przyznam, że początkowo mocno nas to zniechęciło. Zrobiliśmy rundkę wokół fontanny, z tęsknotą patrząc na pijalnię, kawiarnię i dom zdrojowy. Nie mogliśmy jednak tak szybko się poddać i na początek odnaleźliśmy muzeum. Jedyny budynek z podjazdem. I to był strzał w dziesiątkę. Historia uzdrowiska i ludzi, którzy mieli znaczny wkład w rozwój Szczawnicy, pochłonęła nas całkowicie.




 
 
 
Przy wejściu przywitał nas portret Józefa Dietla, jednego z najznamienitszych polskich lekarzy XIX wieku. To on był twórcą polskiej balneologii i jako pierwszy sklasyfikował polskie wody mineralne. Wprowadził nowe zasady higieny, ponieważ uważał, że to jej brak wywołuje wiele chorób.
 


Historia Szczawnicy jest nierozerwalnie związana z rodziną Szalayów, która przybyła z Węgier pod koniec XVIII-ego wieku. Najbardziej zasłużonym dla miejscowości był Józef Szalay, który stworzył ze Szczawnicy uzdrowisko dorównujące najbardziej znanym europejskim kurortom.

Z jego inicjatywy zbudowano kaplicę zakładową, pierwsze łazienki, restaurację, będące do dziś wzorem polskiego budownictwa uzdrowiskowego oraz pensjonaty. Dbał też o oprawę architektoniczną odkrywanych źródeł – „Magdaleny”, „Jana”, „Szymona”, „Walerii”, „Heleny” i „Anieli".

 

W czasie jego zarządu Szczawnica stała się popularnym letniskiem arystokracji i sfer artystycznych. Bywali tu m.in.: Maria Konopnicka, Adam Asnyk, Bolesław Prus, Jan Matejko.

W roku 1909 Szczawnica została kupiona przez Adama Stadnickiego. I to jemu właśnie zawdzięcza dalszy rozwój, a przede wszystkim najnowocześniejsze, jak na tamte lata inhalatorium.




Adam Stadnicki z żoną Stefanią.

Ogromnie mnie wciągnęła historia rodziny Stadnickich, która w czasie drugiej wojny światowej brała aktywny udział w działaniach AK. Duża część ekspozycji jest poświęcona właśnie tej działalności, a także powojennym losom rodziny. Za swoją wojenną działalność Adam Stadnicki utracił Szczawnicę i wszelkie dobra, ale w 2005 roku, na mocy wyroku NSA, jego potomkowie odzyskali uzdrowisko.

Mnie ogromnie zachwyciły gabloty z tajemniczo wyglądającymi urządzeniami z dawnego uzdrowiska.













Odrobina wspomnień o tym, jak dawniej podróżowano do Szczawnicy.

Muzeum pochłonęło nas niemalże całkowicie. Chcieliśmy jednak poznać pozostałą część Szczawnicy i jakimś sposobem dostać się do pijalni. Wróciliśmy zatem na plac, mąż poszedł po kule do auta. Dzięki nim pokonałam schody, a mąż wniósł wózek. Musiało to wyglądać bardzo ciekawie, bo zwróciliśmy na siebie uwagę kilku turystów. Gdybym się zgodziła na ich propozycję, mogłam zostać wniesiona po schodach, jak księżniczka. Wspólnie ponarzekaliśmy, że to przykre iż podczas renowacji placu, nikt nie pomyślał o podjazdach dla wózków.


 
W pijalni oczywiście musieliśmy spróbować wody zdrojowej. Ja  wybrałam najbardziej wyrazistą, ponieważ lubię ekstremalne przeżycia :D I takie ono właśnie było. Woda okropnie słona, mdła i ciepła. Po kilku łykach zaczęłam się rozglądać za jakimś kwiatkiem, żeby go zasilić zrojowianką. Z dziecięcych lat pamiętam tylko wodę ze źródła Wandy, która nie była aż tak słona, natomiast okropnie śmierdziała. Śmialiśmy się, że Wanda musiała się bardzo rzadko myć, skoro ta jej woda taka cuchnąca.




Pięknie odrestaurowana elewacja budynku pijalni. Wnętrze jednak nie zachwyciło mnie za bardzo. Brakuje wygodnej sali, gdzie można spokojnie usiąść i delektować się wodą. Raptem kilka stolików stłoczonych na małej powierzchni, w korytarzyku łączącym pijalnię z kawiarnią.





Muszę przyznać, że kawa w kawiarni zdrojowej smakowała o niebo lepiej.


Bardzo chcieliśmy pozwiedzać Szczawnicę, ale bez ponownego pokonywania schodów. Od kelnerki dowiedzieliśmy się, że aby dostać się ponownie na plac, można zrobić to okrężną drogą. Trzeba ruszyć chodnikiem, który prowadzi od kawiarni. Postanowiliśmy zatem sprawdzić dokąd nas zaprowadzi ta droga.



Przez pewien czas wędrowaliśmy chodnikiem, mijając zabytkowe domy.





Niestety w pewnym momencie chodnik stał się tak wąski i dziurawy, że aby wrócić do placu Dietla, musiałam jechać ulicą. Czasami nawet jej środkiem, omijając zaparkowane samochody.




A po drodze same schody. Zazdrościłam tym, którzy mogli sobie nimi skrócić drogę na niższy poziom.

 
 
Mogę pogratulować grupie Thermaleo pięknie odrestaurowanego placu i innych obiektów w mieście. Szkoda tylko, że zapomnieli przy tym o tych, dla których schody to prawdziwa zmora.
 



To miejsce pamiętam z dziecięcych lat. Kiedyś tętniące życiem, a teraz raczej odstraszające. Na razie ustawiono tu nowoczesne fontanny, ale myślę, że i budynek doczeka renowacji.




Stylowa altana przy źródle Magdaleny. 



Wreszcie po kilkuset metrach dotarliśmy na plac. Szczawnicę uznaję za zdobytą. Mogę też stwierdzić, że mocno zadziałała na moje zdrowie. Najpierw spacerek po schodach, potem niezbyt bezpieczna jazda środkiem drogi, stromymi górskimi serpentynami, no i oczywiście niezapomniana woda. To chyba ona dodała mi tyle energii i siły. Takie sytuacje i przeszkody cały czas mnie czegoś uczą. Okazuje się, że do celu prowadzi kilka dróg. Krótsza, ale zwyczajna lub dłuższa, ale jakże ciekawa.

Szczawnicy tak szybko nie odpuściliśmy, ale to opowieść na kolejny raz.


środa, 18 listopada 2015

MOPS Legnica i inne dolegliwości.

MOPS, jak sama nazwa wskazuje to instytucja prospołeczna. Przynajmniej taka powinna być. Stwierdzam jednak, że legnickiemu MOPS-owi daleko do ideału.

 Pisałam już kiedyś o tym, jak trudno jest się dostać osobie niepełnosprawnej do samego budynku, ponieważ uniemożliwia to kilkanaście schodów. Początkowo zniechęcona ich widokiem, ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam na murze strzałkę do windy dla niepełnosprawnych. Obeszłam budynek z drugiej strony i stanęłam przed szlabanem. Niestety nikt się nie pojawił, żeby mi go podnieść i umożliwić dostanie się do windy. Odeszłam zrezygnowana i postanowiłam sprawę załatwić telefonicznie.

Urzędniczka mi powiedziała, że przecież jest widna i trzeba tylko zadzwonić na portiera! No kurcze, wiele można powiedzieć o ułomnościach mojego ciała, ale na pewno nie to, że jestem ślepa! Po kilkunastu minutach konsultacji z różnymi osobami, urzędniczka przyznała, że dzwonek jest tylko, że za szlabanem i, że faktycznie nie jest to mądre (delikatnie mówiąc) rozwiązanie, ale obiecała, że zostanie to zmienione. Sprawę udało mi się wreszcie załatwić bez ponownego testowania dostępu do windy. Niestety przez niekompetencję pan urzędniczek, byłam narażona na mało przyjemną komisję. Byłaby ona zbędna, gdyby ktoś w MOPS-ie nie popełnił błędu.

Niedawno znowu próbowałam sforsować MOPS, tym razem uzbrojona w wózek i męża, bez pomocy którego to przedsięwzięcie byłoby porażką. Zaznajomiona już ze ścieżką dla niepełnosprawnych, podjechałam od razu pod szlaban. Nacisnęłam na guzik dzwonka z pewną obawą. Przytwierdzony do słupka taśmą klejącą nie wygląda ani na bezpieczny, ani na skuteczny. Ponieważ przez dłuższą chwilę nikt się nie pojawiał, poprosiłam o pomoc stojącą za szlabanem panią, która wyskoczyła na papieroska. Odpowiedziała, że ona nic nie może i, że musimy poczekać i czmychnęła do budynku. Ponieważ cierpliwość nam się skończyła, mąż poszedł szukać pana od windy. Ja tym czasem kwitnęłam na stromym podjeździe. Wreszcie zostaliśmy doprowadzeni do widny. Raczej do dźwigu towarowego na zewnątrz budynku, który pamięta czasy  kamienia łupanego. Najpierw musieliśmy przeliczyć ile razem ważymy, bo dopuszczalna masa ładowności to 200 kg. Najważniejsze, że po chwili pisków, skrzypień i telepania dostaliśmy się na parter. No i co z tego, kiedy na parterze nie można nic załatwić, bo wszystkie pokoje znajdują się na piętrze, a tam już nie ma windy?! Napotkana przez nas urzędniczka zaproponowała, że poprosi koleżankę z piętra, żeby ta do nas zeszła. Niestety wróciła po chwili z  miną winowajcy i stwierdziła, że nikt do nas nie ma ochoty zejść, a skoro mąż może chodzić to może się pofatygować sam. Wkurzony coraz bardziej poszedł przekonywać panią urzędniczkę, że to ja mam sprawę do załatwienia i mnóstwo pytań i wątpliwości. Żadna z pań nie miała ochoty mi pomóc, zajęta trzymaniem nosa w papierach. Chyba desperacja w głosie męża spowodowała, że wreszcie dostąpiłam łaski widzenia się z panią urzędniczką. Omawianie moich prywatnych spraw na środku korytarza nie było komfortowe, ani owocne. Nie uzyskałam odpowiedzi na moje pytania i okazało się, że znam przepisy lepiej niż ona. Kiedy zobaczyła, że zaczynam ją zaginać w każdym temacie, wykręciła się koniecznością konsultacji z prawnikiem.

Moja kolejna wizyta w legnickim MOPS-ie bardzo mnie rozczarowała. Szybko i ogromnie zniesmaczeni opuściliśmy budynek. Ja windą, a mąż schodami, żeby nie obciążać dźwigu. Po kilku dniach pani urzędniczka, po konsultacji z prawnikiem, uznała, że świadczenie, o jakie chcę się ubiegać mi nie przysługuje. To nic, że przytoczyłam jej wyroki NSA i Trybunału Konstytucyjnego, który przyznaje świadczenie w takim przypadku jak mój. Najważniejsza okazuje się decyzja odmowna samego MOPS-u, który nie potrafi właściwie interpretować przepisów. Jedyne na co mogę się nastawić, to decyzja odmowna, a potem kilkumiesięczna walka w sądzie. Muszę się zastanowić, czy jest sens i czy mam wystarczająco dużo determinacji, zdrowia fizycznego i psychicznego.

Generalnie mogłabym przemilczeć to wydarzenie i jak zwykle nie narzekać. Mam jednak nadzieję, że przeczyta to ktoś odpowiedni i wyciągnie właściwe wnioski. Może się łudzę, ale mam dosyć siedzenia cicho i udawania, że jakoś sobie poradzę, że nie jest wcale aż tal źle. Zawsze jednak może być lepiej, a ja przecież nie muszę być narażona na dyskryminację! Zawsze urzędnik może być dla ludzi, a nie na odwrót!

Dlaczego mam wrażenie, że takie instytucje istnieją nie po to, żeby pomagać, ale po to, by jaśnie panie urzędniczki miały pracę?! Czy gdyby ją straciły i na przykład musiały korzystać z pomocy instytucji państwowych, dalej były pozbawione pokory i empatii?!  Dlaczego patrzą na człowieka, jak na natrętna muchę lub na nieuczciwego naciągacza?! Dlaczego rażą brakiem znajomości przepisów i wcale nie mają z tego tytułu wyrzutów sumienia?! Czasami bardzo by chciała, żeby takie zadufane w sobie urzędniczki musiały chociaż przez chwilę poruszać się na wózku! Może coś by zrozumiały, będąc skazane na łaskę zdrowej osoby.


Musze jednak przyznać, że na szczęście nie można wszystkich wrzucić do jednego worka. Urzędniczka, która chciała nam pomóc, bardzo nas przepraszała, że nie może dla nas zrobić zbyt wiele. Sama przyznała, że MOPS to chyba najbardziej zacofana i najmniej przyjazna dla ludzi instytucja. Pan ochroniarz od windy okazał się bardzo przemiłym człowiekiem. Przeprosił mnie za to, że musiałam czekać pod szlabanem, a potem ze współczuciem wypytywał o moją chorobę, po czym uraczył opowieściami na temat własnych dolegliwości. Mam wyjątkowe szczęście do ludzi, którzy na mój widok wykazują ogromną potrzebę wyżalenia się na swój los :)

Bardzo bym chciała napisać kiedyś coś na prawdę pozytywnego o MOPS-ie w Legnicy. Na razie niestety nie mogę.


wtorek, 3 listopada 2015

Naturalne lekarstwo.


Na każdy smutek jest lekarstwo i aby było skuteczne wcale nie musi być gorzkie. Czasami wystarczy skierować wzrok i myśli w stronę czegoś pięknego, prostego, naturalnego. Czegoś co trwa od wieków i ze stoickim spokojem obserwuje nasze zmagania. Ogromne problemy, a czasami zwyczajnie wyolbrzymione przez nasze myśli. W naturalny sposób poddaje się zmianom pogody i porom roku i będzie nawet, kiedy moje życie minie. Mam nadzieję, że nauczę się czerpać z niej siłę i mądrość.
 
Porywam Was zatem na kolorowy i pachnący jesienią spacer. Najlepsze lekarstwo na wszystko. Niech natura czyni swoją powinność :)
 

najpierw szeleszczącą alejką


                                                prosto do złotych drzew



                                                rozczochranych czupryn  








            a może macie ochotę turlać się z górki i wytarzać w liściach



                           kto się zmęczył niech usiądzie pod drzewem


 
a kto nie.....no dobra, do kąpieli nie zachęcam tym razem, ale na ryby możemy skoczyć
 
 









                 lub zapolować na kaczki.....oczywiście tylko z aparatem








      kogo znudziło chodzenie, może skoczyć na scenę i coś nam zaprezentować




                                     zatoczymy małe kółeczko i...




                                           współczując uwięzionym



                   rozegramy partyjkę szachów, a kto nie ma ochoty


                    może odpoczywać i plotkować, ale tylko o niepoważnych sprawach :)

 Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca tak, jak ciekawskie liście, które wkręcone w szprychy, towarzyszyły mi na spacerze. Pewnie chciały poznać inne rejony legnickiego parku :)