Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

środa, 27 maja 2015

I ruszyła maszyna :)


Pierwsza wędrówka już gotowa. Mam nadzieję, że zachęciłam wystarczająco, żebyście sami chcieli odwiedzić to miejsce.
Pałac Wojanów moimi oczami.

poniedziałek, 25 maja 2015

Uczę sie pływać.

Zmarszczki na wodzie powoli się wygładzają, ale ostatnie wydarzenia chyba nigdy nie uspokoją mojej wody. Wiem również, że przez całe życie będę wpadać w kolejne wiry i dawać się zalewać wysokim falom. Mam ciągle nadzieję, że wreszcie nauczę się pływać lub dotrę do mojej słonecznej plaży. Tego właśnie pragnę. Spokoju, bezpieczeństwa i radości. Niech ocean kotłuje się w oddali i nie podpływa do mnie zbyt blisko. Na razie jeszcze oboje z mężem walczymy o kolejne zmiany i mocno trzymamy się za ręce, żeby nie runąć w sposób niekontrolowany głową w dół. Szukam w myślach pomocy i jestem skoncentrowana tylko na tym. Moje Anioły chyba już mają dosyć słuchania próśb. Pewnie tylko zniecierpliwione machają rękami mówiąc "tak, tak wiemy o co prosisz, tylko musimy się zastanowić jak i kiedy Ci pomóc". Czekam zatem i nie tracę nadziei.

Nie siedzę jednak z założonymi rękami. Wreszcie otwieram nowego bloga. Zapraszam do wspólnych wędrówek na Dolny Śląsk bocznymi dróżkami. Przypomnę miejsca, o których już pisałam, ale będzie też dużo nowych.

Rozpoczynam również walkę o wózek. Tak, tak walkę, bo w naszym kraju nie można czegoś po prostu załatwić. Jak się człowiek nie namęczy, to niczego nie osiągnie tak od razu. Będę zatem szukać wsparcia psychicznego i finansowego. Myślę jednak, że osiągnę cel, bo nie zamierzam siedzieć z założonymi rękami i czekać na gwiazdkę z nieba. Trzymam się nadziei i najmądrzejszych słów: szukajcie, a znajdziecie, proście, a będzie wam dane :)

poniedziałek, 18 maja 2015

Perspektywy.

 
Wczoraj spoglądałam na świat z takiej oto perspektywy.
 
 


Pozwoliłam sobie na totalny luz i dosłownie zagłębiłam się w tej soczystej zieloności.








Nie zwracałam uwagi na wędrujące dookoła mrówki, które chyłkiem próbowały wedrzeć mi się do nogawek. Na wilgoć, która właziła do ubrania i ewentualne zielone plamy od trawy i wszelakiego zielska. Chyba dawno się tak nie wyluzowałam. Kiedy tylko zobaczyłam tę cudowną łąkę, od razu wiedziałam, że muszę na niej poleżeć i wczuć się w jej klimat. Tylko ja, zapach wiosny, cudowny śpiew ptaków, wędrujące po niebie obłoki gonione wiatrem. Było cudownie. Mąż jeszcze bardziej utonął w tym klimacie. Łypnął dwa razy okiem, po czym jakby nigdy nic zaczął chrapać :)










Szkoda, że ta chwila nie mogła trwać w nieskończoność. Wieczorne, trudne rozmowy całkowicie zmieniły moją perspektywę, wzbudziły wiele wątpliwości, mnóstwo pytań i ogromnego żalu.

Kim są ludzie, którzy mnie otaczają? Czym się kierują w swoim postępowaniu? Czy wybujałe EGO musi im przesłaniać właściwy ogląd sytuacji? Jakiego rodzaju "prawdy" głoszą? I co jest właściwie szczere i uczciwe, czy to co deklarują teraz, czy to co kiedyś? Czy kiedy się uśmiechają i obiecują miłość i wsparcie, to tylko deklarują, a tak naprawdę zakładają maskę, a w kieszeni chowają sztylet?? Dlaczego zapominają o boskiej cząsteczce, która tkwi w każdym z nas? Dlaczego budują wokół siebie mur z obrazy i fochów, do których tak naprawdę nie mają podstaw? Czy lepiej im z tym żyć, wierząc jednocześnie, że czynią dobrze? Tylko dla kogo? Nigdy tego nie rozumiałam, nie zrozumiem i nie zaakceptuję. Nie kieruję się w życiu fochami i nie potrafię się obrażać. Szkoda mi na to życia i energii. Wolę ją spożytkować na przyjemniejsze sprawy, niż zaciemniać swoją duszę. Wolę ludzi kochać, niż się od nich oddalać. Dla mnie fochy to okazywanie lekceważenia i braku szacunku do innych, a przede wszystkim do siebie i do Boga. Może jestem naiwna i kolejny raz dałam się zwieść pozorom. Pozwoliłam do siebie zbyt mocno zbliżyć i okazałam za mało asertywna. Już chyba taka jestem, naiwna i lgnąca do ludzi i wiecznie szukająca miłości, przyjaźni, wsparcia, szczerości i szacunku. Obawiam się jednak, że jestem skazana na niepowodzenie, bo chyba zbyt dużo wymagam od innych. Ale czy naprawdę jest to tak wiele?
Mam żal, a moja łąka pokryła się ciężkim popiołem. Mąż mnie pociesza, że to minie i żebym nie dawała się ponurym myślom. Cieszę się, że go mam, że potrafi rozgonić pył, chociaż wiem, że jego łąka bardzo często szarzeje.
Kim są ludzie, którzy nas otaczają?!

środa, 13 maja 2015

Rehabilitacja kręgosłupa, czyli jak skutecznie sobie pomóc.


Problemy z kręgosłupem często zaczynają się dosyć niewinnie i często też są bagatelizowane lub rozpoznawane zbyt późno. Tak też było w moim przypadku.  Niestety w dużej mierze sama doprowadziłam kręgosłup do takiego stanu. Jak wiadomo jest on rusztowaniem naszego ciała, odpowiedzialnym również za prawidłowe funkcjonowanie wszystkich organów. I aby nas utrzymał w pionie przez całe życie musimy o niego dbać. Kręgosłup przede wszystkim kocha ruch.  Bezruch, a szczególnie siedzenie szkodzi mu najbardziej. Bardziej chyba niż podnoszenie ciężarów. Podczas siedzenia nacisk na kręgi odcinka lędźwiowego waha się od 140 kg do nawet 225 kg. I ten właśnie ciężar mój kręgosłup przestał wreszcie tolerować i kompletnie się zbuntował. Praca siedząca, brak ćwiczeń i spacerów zrobiły swoje. Myślę, że to nie tylko mój problem. Obserwuję moich znajomych, u których zaczyna się podobnie. Siedzenie w pracy, zamiast spaceru jazda samochodem, potem leżenie w różnorakich pozycjach przed telewizorem. I tak dzień po dniu, aż w pewnym momencie kręgosłup zaczyna się upominać o swoje, bo otaczające go mięśnie są już zbyt słabe by go utrzymać w ryzach. Szkoda, że dopiero ostry ból, który paraliżuje i odbiera chęć do czegokolwiek, przywołuje nas do porządku. Zaczynają się wizyty u ortopedów, neurologów, różowe tabletki, zielone tabletki, zastrzyki. Czasami połączone z zabiegami fizykalnymi przynoszą ulgę, ale niestety nie na długo. Laser, magnetronik, lampa bioptron, czy też wszelkiego rodzaju prądy, to tylko powierzchowne zaleczanie, ponieważ problem tkwi znacznie głębiej. Po jakimś czasie znajomy ból niestety powraca, a przy okazji buntuje się żołądek niepotrzebnie zarzucony chemią.

To wszystko jest na krótką metę. Z doświadczenia wiem, że jedyna skuteczna rehabilitacja kręgosłupa to fachowe zabiegi manualne. Nie zwyczajny masaż, czy kiedyś tak popularne tzw. ustawianie kręgosłupa.  Takie gwałtowne ustawienie kręgów może bowiem spowodować więcej szkody niż pożytku. Poza tym skurczone z bólu mięśnie nadal są ułożone w niewłaściwej pozycji i za chwilę znowu pociągną kręgosłup w swoją stronę. Dlatego coraz popularniejsze są metody manualne.  Kiedyś terapie te były stosowane przez szamanów, pewnie, dlatego tak długo medycyna konwencjonalna nie chciała po nie sięgnąć. Obecnie coraz częściej patrzy się na człowieka i jego chorobę w sposób holistyczny. Ból nogi, czy spuchnięte kolano, a nawet migrena najczęściej są objawami większego problemu. Problemu z kręgosłupem, zmęczonym, zestresowanym, wokół którego mięśnie tworzą swoisty pancerz, przez który terapeuta musi się umiejętnie przebić. Odpowiednia terapia może przywrócić równowagę mięśniową.  Polega ona na właściwym ucisku bolących miejsc i takim rozciągnięciu i rozgrzaniu mięśnia, żeby mógł się swobodnie rozluźnić i utrzymać kręgosłup we właściwej pozycji.   O dziwo ucisk tzw. punktów spustowych, mimo, że jest bolesny, bardzo szybko przynosi ulgę. Właściwa rehabilitacja kręgosłupa to nie tylko wyeliminowanie bólu, ale przede wszystkim jego przyczyny.  

 Po licznych epizodach bólowych, sama się nauczyłam jak je uciskać. Niestety nie robię tego tak profesjonalnie, jak mój fizjoterapeuta. Nie posiądę, bowiem nigdy szczegółowej wiedzy na temat licznych metod, jakie stosuje w swojej pracy. Każda wizyta, która oprócz ulgi w bólu, daje mi mnóstwo informacji na temat funkcjonowania mojego ciała. Przede wszystkim kręgosłupa i otaczających go mięśni, które odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu stabilnej postawy. Zaczynam się coraz bardziej wgłębiać w nowoczesne metody, które współcześni fizjoterapeuci wykorzystują w swojej pracy nad ciałem pacjenta. Metoda McKenziego, metoda PNF, osteopatia, neuromobilizacja i wiele innych to już nie tylko tajemniczo brzmiące hasła, ale i skuteczne metody, które naprawdę pomagają  i z czystym sumieniem mogę je polecić każdemu, kto bezskutecznie boryka się z problemami kręgosłupa.   

niedziela, 10 maja 2015

Zbyt wiele szczęścia na raz.

Miały być spacery, a jest leżenie w łóżku. Dostałam kategoryczny zakaz chodzenia i obciążania kręgosłupa, a szczególnie nogi. Mój rehabilitant najpierw złapał się za głowę i prawie ochrzanił, że tak długo zwlekałam z wizytą. Mięśnie mi tak zesztywniały, że po masażu i jego zaczęły boleć ręce. W końcu jestem uparciuchem i myślałam, że jakoś sama sobie poradzę. Poćwiczę, posmaruję maścią. W końcu walczę z tym bólem już od lat. Niestety bez wsparcia profesjonalisty niewiele mogę zrobić. Faktycznie, po wyjściu z gabinetu czułam się wspaniale. Na drugi dzień, zgodnie zresztą z ostrzeżeniem rehabilitanta, rozruszane mięśnie dały mi tak popalić, że ryczałam z bólu cały dzień. Jestem nieprzytomna i snuję się, jak cień. W nocy nie śpię, bo nie wiem, jak się ułożyć. Nie mogę, chodzić, stać, siedzieć. Najchętniej zawisłabym w jakiejś próżni. W końcu znalazłam pozycję, w której nie wyję z bólu i zaległam na kanapie. Zbijam gorączkę, łykam przeciwbólowe i nie mam siły machnąć ręką. Mąż za to ma ręce pełne roboty. A to pogłaskać, a to przytulić, pomasować, posmarować, otrzeć łzy, wydmuchać nos. I tak leżę i proszę Boga, żeby już mi ulżyło. I przyrzekam sobie i jemu, że jak mi tym razem przejdzie to już zawsze będę na siebie uważać i nie dopuszczę do takiego bólu. No tak, tylko co ja mogę. Jedyne to od nowa zacząć ćwiczyć i odbudować to, co się ulotniło przez to unieruchomienie.
Niestety coraz częściej myślę o wózku. Wiem, wiem, wiem. Obiecałam sobie, że nigdy w życiu na nim nie siądę. Okazuje się jednak, że chyba nie mam wyjścia. Chcę bowiem żyć aktywnie, a moje nogi nie mają na to siły. Mąż mnie też przekonuje, że to dobra decyzja. W końcu nie musi to oznaczać poddania się. Natomiast wreszcie będę mogła spędzić mnóstwo czasu na zakupach, zwiedzić miejsca, do których do tej pory nie miałam siły dojść. Myślę, że to będzie bezpieczne, awaryjne wyjście. Ale chodzić oczywiście nie przestanę, o nie! Wybór wózka to też nie jest łatwa sprawa, ale to osobna historia.
Generalnie nie jest nudno. Na dodatek po powrocie z masażu, zastaliśmy strumyk, który powolutku opuszczał łazienkę i kierował się w stronę przedpokoju. Nasz ukochany sąsiad zalał nas kolejny raz. Ma do tego prawdziwy talent. Kiedy jakiś czas temu robił remont mieszkania, wylewka z jego pokoju znalazła się u nas. Fachowcy niestety nie pomyśleli, żeby dokładnie uszczelnić narożniki. I tak zastaliśmy zabetonowane okno, wykładzinę i ściany w modnym szarym kolorze. Kilka dni po tym, wylewka z balkonu zalała mi pelargonie. Pierwszy raz w życiu widziałam takie sztywne kwiatki. Tym razem prawdopodobnie, nie wytrzymały przyłącza  od pralki. W każdym bądź razie sufit mamy załatwiony na cacy.
Jak widać ostatnio mam o czym myśleć. Leżę zatem i dumam, a nawet odrobinę się nad sobą rozczulam. Chyba. Najgłupsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to: co ze mną będzie dalej? Staram się jednak przyczepić do teraźniejszości i z utęsknieniem czekam na kolejny masaż, ale to dopiero za kilka dni, kiedy noga przestanie boleć. Na razie to jeden wielki siniak.



 

środa, 6 maja 2015

Pożegnanie.


95 lat. Zacny wiek. Tylko, czy życie też miał zacne i czy był z niego zadowolony? Myślę, że chyba nie. Szczególnie przez ostatnie lata. Samotne i pełne żalu i pretensji do wszystkich i wszystkiego. Czy mi żal? Na pewno tak, ale nie tylko z powodu śmierci, ale życia, które chyba zmarnował i w którym nie potrafił spędzić ze mną ani chwili. Nie posadził na kolana, nie opowiadał ciekawych historii, nie pytał, nie chciał mnie poznać. I właśnie ten żal mnie dusi i powrócił ze zdwojoną mocą, chociaż dawno temu go przepracowałam, przebaczyłam, odpuściłam. Właściwie to nie mogę mieć do niego pretensji, że nie był takim dziadkiem, jakiego sobie wymarzyłam. Nie można, bowiem wymagać od ludzi, żeby wypełniali swoje role, kiedy zwyczajnie ich na to nie stać, nie chcą lub nie potrafią. Kiedy zamykają się we własnym świecie i wolą żyć dla siebie. Kiedy wymagają żeby wszyscy dostosowywali się do niego. Kiedy wybiera fochy zamiast miłości i rodziny. Zastanawiam się tylko, czy w ostatnich minutach życia naszły go refleksje i żal za popełnione błędy. Może tak, a może nie, bo niektórzy ludzie popełniają je zupełnie świadomie, ponieważ w ich mniemaniu czynią dobro. Może nie każdemu Bóg daje szansę żeby coś zrozumiał.

Za to wszystko jest mi go strasznie żal. Jako człowieka, który nie potrafił docenić tego, co otrzymał od życia. Za to, że zmarnował tyle szans. Za to, że nigdy nie potrafił pierwszy wyciągnąć ręki. A może zwyczajnie tego nie potrzebował? Smutne to.

Myślę, że to kwestia złych wyborów. Po to mamy rozum i wolną wolę, żeby ich używać.  Mój dziadek widocznie podjął złe decyzje i później musiał trwać w takim, a nie innym życiu. Ten wybór unieszczęśliwił niestety nie tylko jego.

Za jedną rzecz jestem mu wdzięczna. Za to, że nauczył mnie na przekór wszystkim i wszystkiemu walczyć o siebie. To między innymi jego krytyka i odrzucenie sprawiły, że udowodniłam, że mogę, że potrafię i jestem lepsza, niż ta, którą chciał mnie widzieć. Bezbronna, słaba i nijaka. Udało mi się. Chyba potrzebowałam takiej lekcji życia. Nauczył mnie jeszcze szanować siebie. Nie narzucać się ludziom, którzy mnie nie akceptują i nie rozumieją. W końcu mają do tego pełne prawo, a ja mam prawo być przy tych i z tymi, którzy tego chcą.

Jego śmierć zmusiła mnie kolejny raz do refleksji nad tym, co ważne. Nie egoizm, nie fałszywa duma, obraza, ale miłość, szacunek i rodzina. To rodzina jest najwyższą wartością, bo bez niej człowiek jest nikim.    

Mam tylko nadzieję, że trafił we właściwe miejsce. Może tam Bóg otworzy mu oczy.

Panie świeć nad jego duszą.