Dolny Śląsk bocznymi dróżkami.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Królowa życia















Przed moim oknem rośnie śliwka. Jedno z niewielu drzew, które ocalało nienaruszone przez trąbę powietrzną, która kilka lat temu nawiedziła nasze miasto.
Dzień był duszny, początkowo słoneczny, a potem coraz bardziej zachmurzony. W powietrzu wisiało coś dziwnego, ale każdy myślał, że wreszcie nadchodzi deszcz po wielu dniach nieustannego upału, przekraczającego 35 stopni.  Po męczącym dniu pracy siedziałam jakby nigdy nic i czytałam książkę. Dopiero mąż wyrwał mnie z lenistwa i krzycząc do słuchawki telefonu, pognał do okien z panicznym nakazem, żeby jak najszybciej zabezpieczyć mieszkanie i trzymać się z daleka od okien. W tym momencie połączenie zostało przerwane. W ostatniej chwili zamykałam drzwi balkonowe mocując się z porywistym wiatrem. Płacząc z przerażenia stałam na środku pokoju i patrzyłam, jak wiatr z łatwością łamie kilkunastometrowe topole. Dosłownie chwilę trwało, a świat został wywrócony do góry nogami i zalany niesamowitą ilością deszczu. Po kilkunastu minutach wszystko ucichło, a niebo zaczęło się rozpogadzać.
 Próba skontaktowania się z bliskimi była niestety niemożliwa. Sieci telefoniczne były zbyt przeciążone. Mąż po kilku godzinach przedzierania się przez sparaliżowane miasto, szczęśliwie dotarł do domu. Po jakimś czasie wreszcie udało mi się skontaktować również z rodzicami, którzy nie planowali żadnych spacerów i byłam o nich bardziej spokojna. I zupełnie niesłusznie. Przez dłuższą chwilę mama, tak rozpaczliwie szlochała do słuchawki, że nie mogłam się z nią porozumieć. W końcu przekrzykując jej płacz zapytałam, czy tato też żyje. Tak, ale jest ranny. I zaczęła opowiadać, jak wybrali się na popołudniowy spacer. W momencie, kiedy niebo zasnuły szaro-bure chmury dochodzili do parku. Na szczęście nie zdążyli tego zrobić. Trąba przeszła tuż przy nich! W ostatniej chwili uchwycili się ogrodzenia jakiejś kamienicy i skuleni z przerażeniem obserwowali koniec świata.  Obok na jezdni wiatr obracał jadące samochody, sypał piaskiem, kawałkami ziemi, gałęziami i dachówkami.  W momencie, kiedy rosnąca opodal akacja złamała się nakrywając ich gałęziami, mama wyrwała się z krzykiem, że nie chce tutaj umierać i pobiegła w stronę bramy, a za nią tato.
 Kiedy świat się wyciszył, ruszyli w drogę powrotną do domu. Przez park. Park, którego już nie było. Kilkusetletnie drzewa leżały dosłownie poukręcane, z połamanymi gałęziami i korzeniami na wierzchu. Trudno było odróżnić, gdzie kiedyś były ścieżki, stały ławki, były fontanny. Aż po horyzont wolna przestrzeń, którą kiedyś zajmowały drzewa. Z trudem przedostali się do domu. Z krwawiącymi głowami, łokciami, obłoceni, z piaskiem we włosach i każdym zakamarku ubrania. Siniaki i rany się wyleczyły, ale strach pozostał. Strach i wdzięczność. To cud ujść z życiem z czegoś takiego.
 Po kilku dniach postanowiliśmy z mężem obejrzeć park, a właściwie miejsce po nim. Czy było tak strasznie, jak opowiadali ludzie?  Było gorzej. Doszliśmy tylko na obrzeża, bo leżące wszędzie drzewa blokowały dostęp. W pewnym momencie niebo zasnuły czarne chmury i zaczął wiać wiatr. Wszyscy, pamiętając ostatnie wydarzenia, zaczęli uciekać. Poczułam się, jak w koszmarnym śnie,  kiedy wszyscy biegną, a ja nie mogę! Ze łzami w oczach poprosiłam męża, żeby uciekał do samochodu, chociaż on się uratuje. Spojrzał na mnie bez słowa. Mocniej chwycił mnie pod ramie i krok po kroku, obojętni na biegnących wokół ludzi, dotarliśmy do auta. Przez całą drogę do domu płakałam. Z miłości, wdzięczności i strachu. Dokładnie w tej kolejności. Teraz już wiem, że gdyby była konieczność zaniósłby mnie na rękach, tak jak po każdym moim upadku albo zwichnięciu.
Świat się odbudował. Park posprzątano i posadzono na nowo, dachy połatano. Nawet mój samochód, który stracił szyby, po uderzeniu kawałków betonu lecących z dachu, został naprawiony bardzo szybko. Wręcz wyjątkowo szybko.  Bóg nad nami wszystkimi cały czas czuwał. Postraszył, pouczył i pomógł.
 Dumnych topoli już nie ma, a mała dzielna śliwka rozrasta się coraz bardziej. Pierwsza budzi się na wiosnę i obsypuję białym kwieciem. Jak królowa życia.

piątek, 26 kwietnia 2013

Wiosna nadeszła

Już było o tym, jak odchodzi zima, która odchodziła, odchodziła i odejść nie chciała, a teraz będzie o tym, jak wiosna nadeszła długimi krokami i szaleje kolorowo i soczyście.















Co tutaj widzicie? Tylko chmury, czy...... goniące się żółwie?? :D




A to drzewo, bardzo powoli budzi się do życia.











Moje ulubione żółtki










Przyjrzyjcie się dobrze, tam siedzi WIOSNA :)










 



  

czwartek, 25 kwietnia 2013

Samoświadomość













Człowiek – istota, która standardowo ma wbudowanych mnóstwo funkcji. Widzi, słyszy, mówi, chodzi, rusza rękami, palcami stóp i dłoni, czuje i myśli.
Czy ktoś z nas się nad tym zastanawia?  Pewnie nie, dopóki nie utraci, którejś z tych funkcji. Czy mamy pełną świadomość swojego ciała? Czy to, że oddychamy, widzimy, zginamy kolana i łokcie nie zastanawia nas? Jesteśmy najdoskonalszymi istotami. Idealnie wręcz zbudowanymi. Pomysłowo i bardzo praktycznie. Nie wyobrażam sobie, jakie jeszcze funkcje mógłby wykonywać ludzki organizm. Idealna fabryka, która przetwarza płyny, komórki szare, nerwowe, mięśniowe i wszelakie inne.  Myślimy, że tacy po prostu musimy być, bo nam się to należy. Dopiero, kiedy zaczyna nam czegoś brakować lub jakaś funkcja wysiada, zaczynamy analizować złożoność nas samych. Noga, która kiedyś chodziła i tańczyła, teraz leży nieruchomo, bo nie ma siły się ruszyć. Co jest w niej nie tak? Jakie mechanizmy się uszkodziły i czy to w ogóle jest możliwe, żeby taka noga przestała nagle funkcjonować, skoro zawsze była na „chodzie”?  Jaka siła wprawia w ruch nasze ciało i powoduje, że nasze oczy widzą i rozróżniają barwy i kształty? Łokcie i palce rąk się zginają i prostują, bo coś wprawia je w ruch. Czy tym czymś jest nasza dusza? Gdyby jej zabrakło bylibyśmy nadal idealną fabryką, ale bez prądu, jak robot, z którego ktoś wyciągnął baterie?
Kiedy już mamy świadomość naszego ciała, zaczynamy się zastanawiać, czy jesteśmy z nim nierozerwalnie związani i zależni. Kto jest górą? Nasze ciało, czy świadomość lub jak kto woli, nasza dusza? Ciało często choruje niezależnie od nas. Chociaż udowodniono, że nasze myśli, uczucia, postawa życiowa, mają ogromny wpływ na nasze samopoczucie i często wywołują choroby. A co z chorobami, które nabywamy w momencie narodzin lub poczęcia? Nasze myśli są jeszcze niewykształcone i nie mają wpływu na ciało. Czy takie ciało żyje później niezależnie od duszy i ma własną świadomość? Nie słucha bowiem naszego wołania z głębi: chcę być zdrowa!
Ciało i dusza razem, czy osobno? Zależne od siebie i świadome wzajemnie swojej obecności, czy nie?

wtorek, 23 kwietnia 2013

Moja mała wiosna

 
 
 
 
 





Uwielbiam uśmięchnięte buźki bratków.



 
 
 













 
 
 
Moje cudne pelergonie i kocimiętka. Tylko co ona ma wspólnego z kotami? :D
 
 
 
 
 













               

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Więzień własnego ciała


















Ostatni odcinek serialu o Annie German wywołał we mnie wspomnienia. Ogromny strach Anny w trakcie zdejmowania gipsowego gorsetu przypomniał mi mój lęk.
 Kiedy miałam 5 lat rodzice zauważyli, że moje nogi zaczynają się wykrzywiać w literę x. „Najlepszy” ze specjalistów ortopedów zalecił założenie na całe nogi opatrunku gipsowego. Pamiętam, jaka to była ogromna niewygoda dla wybitnie ruchliwego dziecka. Siedzenie lub leżenie na łóżku bez możliwości chodzenia, skakania, zabawy. Czułam się jak w klatce. Poza tym potworny upał potęgował niewygodę, uwieranie i swędzenie skóry.
Po wielu tygodniach zabrano się do zdejmowania gipsu. Przeżyłam prawdziwy koszmar. W momencie, kiedy stanął nade mną lekarz z elektryczną piłką, zaczęłam przeraźliwie płakać i zasłaniać nogi małymi rączkami. Bałam się, że przy okazji przepiłuje mi nogi! Nawet moja mama ani tabun pielęgniarek, nie były w stanie mnie uspokoić. Dopiero zastrzyk pomógł, na tyle, że przestałam się wyrywać. Szlochając obserwowałam, jak przecina gips, pod którym była gruba warstwa waty. Z drugą nogą poszło już łatwiej.  Moja radość się skończyła, kiedy lekarz stwierdził, że gips nie pomógł, nogi są nadal krzywe, a na dodatek schudły. Przez kolejne tygodnie miałam już „tylko” spać w gipsowych łuskach. Kończyło się to zazwyczaj płaczem po godzinie snu i mama musiała mi zdejmować to obrzydlistwo. Przynajmniej nie byłam uziemiona w ciągu dnia. Kolejny gips był krótszy, bo sięgał od stóp do kolan. Był jednak równie ciężki i nie mogłam w nim zrobić nawet kilku kroków. Kolejne tygodnie unieruchomienia i zastoju mięśni i moje łydki już na zawsze pozostały chudziutkie. Tak, jakby zastygły razem z tym gipsem.  
Czasami czuję się uwięziona we własnym ciele. Chociaż już nie przeżywam tego, tak jak w dzieciństwie.  Nie patrzę na ludzi, którzy biegają, chodzą po górach lub tańczą z zazdrością. Owszem jest mi żal, ale potrafię stłumić w sobie przeraźliwe uczucie tęsknoty, za tym, czego nie mogę. Jest wiele innych rzeczy, które mogę robić z pasją.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Podróż sentymentalna












Od dziecka lubiłam podróżować i poznawać świat. Pierwsze wyprawy miały jedna gorzko-słodki smak.
Coroczne kontrolne wizyty w warszawskiej klinice napawały mnie strachem. Były dla mnie jak oczekiwanie na najgorszy wyrok. Dadzą mi spokój, czy będą znowu wysyłać na przedziwne badania albo pobyty w sanatorium?  W milczeniu i z bólem brzucha odbywałam podróż pociągiem, jazdę kilkoma autobusami przez warszawski ulice i długie oczekiwanie na szpitalnym korytarzu. Potem żarliwa modlitwa o to, by wizyta była tylko czysto formalna i żeby dla "mojego dobra" nie wypisano skierowania do sanatorium. Ufff tym razem nie!!
 Powrót do domu był radośniejszy. Można było pozachwycać się nowoczesnością stolicy, która nabierała coraz większego rozpędu. Dom towarowy Wars i Sawa. Mnóstwo towaru na półkach, takiego, którego nie można było nabyć w innych częściach Polski, a przede wszystkim ruchome schody, najbardziej fascynująca rozrywka.  I rodzynki albo banany, które można było nabyć ot, tak zwyczajnie bez zapisów i kolejki.
 Prawdziwym odzwierciedleniem zmian, jakie zachodziły w naszym kraju, był dworzec centralny. Tajemnicze, nieskończenie długie podziemne korytarze, pełne małych sklepików z różnymi cudownościami. Butiki, pachnące drogerie i kwiaciarnie, księgarnie, kawiarnie, fantastyczny, barwny świat. Później coraz mniej czasu spędzaliśmy na dworcu. Był coraz brudniejszy i zaniedbany, a na poczekalniach nie było miejsca dla podróżnych, bo były oblegane przez bezdomnych. 
Z tamtych czasów pozostała mi jeszcze fascynacja pociągami. Brudne, śmierdzące i często nieogrzewane przedziały nie zapewniały wygody, ale nie to było priorytetem dla ciekawskiego dziecka. Sam fakt podróży, krajobrazy przesuwające się za oknem, miarodajny stukot i kołysanie, możliwość wyboru piętra, na którym chce się podróżować. Najbardziej lubiłam piętrowe wagony. Świat widziany raz z dołu, a raz z góry. Podróż zazwyczaj kończyła się w środku nocy, dlatego do domu trzeba było jechać taksówką. Hura hura!! Jak, już kiedyś wspominałam, uwielbiam taksówki i z tamtych czasów pozostało mi zamiłowanie do jazdy samochodem. 
Chociaż te podróże były odbywanie raczej z konieczności, były powodem do dumy przed koleżankami. Mogłam godzinami opowiadać, jaka stolica jest piękna, nowoczesna, wspaniała. A oprócz tego wiecznie budujące się metro i dworzec w remoncie i hotel Marriott, który powoli wyłaniał się z ziemi i…..
Może kiedyś tam wrócę i dorosłymi oczami spojrzę na te wszystkie miejsca, które kiedyś mnie fascynowały, a teraz są takie zwyczajne. Rodzynki i banany spowszedniały, a ruchome schody omijam, bo wolę windę. Tylko metro wciąż w budowie, a hotel Marriott pewnie wymaga kolejnego remontu J.   

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Królik doświadczalny















Pewnego dnia, po kilku miesiącach oczekiwania udałam się na badanie rezonansem magnetycznym. Byłam oczywiście bladym świtem. Zajęłam piąte miejsce w kolejce i odczekałam swoje w poczekalni, aż pani recepcjonistka otworzy okienko i…… Ruszył tłum!!! Las rąk ze skierowaniami, tupot nóg, przepychanki, wymiana złośliwych uwag itp. A ja tuptałam sobie na końcu, uważając żeby mnie ktoś nie potrącił lub nie rozdeptał. Kiedy już się dopchałam do okienka nie byłam już piąta, ani siódma, tylko nasta. Po rejestracji wróciłam grzecznie na swoje krzesełko w poczekalni i siedziałam wśród tłumu biednych, chorych ludzi. Uffffffffff!!
 Ogólnie żałowałam, że wykonałam to badanie. Kolejny doktorek-eksperymentatorek rzucił sugestię, żeby może tak  zbadać rdzeń kręgowy? Długie leżenie w wąskiej rurze do tej pory kojarzy mi się z trumną.
Jak zwykle byłam „gierojka”!      

Zatyczki do uszu?     

Nieee, dam radę!

Zastrzyk na uspokojenie?

A po co?

I z uśmiechem dałam się zapakować do rury. Uśmiech mi zrzedł kiedy otworzyłam oczy i stwierdziłam sufit tuż przy nosie i brak możliwości jakiegokolwiek ruchu. Gdybym miała więcej w obwodzie, pewnie bym się zaklinowała. I to nieustanne dudnienie nad głową! Jakby mi ktoś wiertarkę przyłożył do głowy! Kiedy wreszcie lekarz mnie wyciągnął na powierzchnię i z uśmiechem zapytał, czy bardzo się wynudziłam miałam ochotę rzucić się na niego z pazurami, a potem z radości go uścisnąć. Czułam się jak prehistoryczne wykopalisko!
Na szczęście badanie nie wykazało nic groźnego. Strata czasu i nerwów.
Ale cóż to było za doświadczenie! Społeczne i medyczne.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Moja droga asfaltowa














Zawsze uwielbiałam jeździć samochodem. Taksówka to był dla mnie super sprzęt. Każda niezależnie od marki pachniała, była cichutka, wygodna i wręcz unosiła się nad ulicą, no po prostu rarytas. Kiedy byłam małą dziewczynka jęczałam na przystanku, że nie doczekam się na autobus i w międzyczasie rozchoruję się poważnie z nudów albo umrę ze zmęczenia, no chyba, że zamówimy taksówkę, to mogę jeszcze pożyć łaskawie.
 Jako dorosła osoba zżymałam się, kiedy musiałam korzystać z pomocy i być podwożona w różne miejsca. Postanowiłam, że zrobię prawo jazdy i zakupię samochód. No i jak postanowiłam, tak… Zaczęły się schody. Szkoły nauki jazdy nie miały na stanie aut specjalnie dostosowanych dla osób niepełnosprawnych. Najlepiej było najpierw zakupić takie auto i na nim robić kurs i zdawać egzamin. Z braku funduszy udałam się do PFRON-u, który w ramach programu PEGAZ w dużej mierze refundował taki wydatek. Wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że refundacja dotyczyła osób, które posiadały już prawo jazdy. No i co?! Śmiać się, czy płakać?!
Pełna determinacji zacisnęłam zęby, wzięłam tatulka pod mankiet, jego starego fiata 125P i pojechaliśmy na bezdroża trenować. Kiedy moimi częściowo bezwładnymi stopami poczułam, że wszystkie tzw.pedały są mi przyjazne i mogę je wciskać siłą całej nogi, świat stanął przede mną otworem!! Samochody całego globu witajcie, ruszam do ataku!! Przez egzamin teoretyczny przefrunęłam wręcz. Gorzej było z manewrami. Zaciskając zęby, znosiłam wrzaski egzaminatora, kiedy wysyłał mnie, co chwila do domu ćwiczyć ręce, bo nie miałam siły, żeby porządnie zaciągnąć ręczny albo kręcić kierownica bez wspomagania. Miałam to w nosie, łzy w oczach, ale niedługo potem prawo jazdy w ręce. Nowe, pachnące i całkiem własne! Później idąc za „dobrymi” radami zakupiłam za grosze całkiem pełnoletnie, bo aż 18-sto moje pierwsze auto. Intuicyjnie czułam, że robię źle, ale bardziej doświadczeni twierdzili, że szkoda dla mnie nowego, bo zaraz je zarysuję, wgniotę, stuknę, puknę. Po kilku miesiącach ciągłych napraw, zeskrobywania rdzy i włażenia przez bagażnik, bo zamki w drzwiach się psuły wywaliłam go na złom. W zamian, ze zniżką i na raty zakupiłam nowego, pachnącego, cichutkiego i arcy wygodnego niebieskiego fiacika.

Po pierwsze zniechęciłam się do korzystania z pomocy wszelkich organizacji.

Po drugie nauczyłam się słuchać własnej intuicji a nie podpowiedzi „mądrzejszych”, którzy kierują się strachem lub stereotypami (nigdy nie zarysowałam, nie stuknęłam ani nie puknęłam żadnego z moich aut).

Po trzecie mój samochód musi być bezawaryjny, bo nie jestem aż takim himenem, żeby sobie poradzić w razie rozkraczenia na drodze.

I po czwarte. Trzeba marzyć z rozmachem i nie obawiać się, że cos może nie wyjść. Zawsze musi wyjść i kropka!!!    

środa, 10 kwietnia 2013

Moja droga - moja pasja









Kiedy przestałam zadawać trudne pytania w stylu: dlaczego jestem chora, wyszłam ze swojej skorupy na światło dzienne. Zapragnęłam żyć, zamiast spełniać ponure przepowiednie moich lekarzy. I jak to się dzieje zazwyczaj w takich sytuacjach, napotkałam na swojej drodze cudownych ludzi, gotowych mi pomóc. Ludzi, którzy mieli w sobie zapał i pasję życia i zarazili mnie swoją siłą i wolą walki.

 W małej osiedlowej księgarni odnalazłam fantastyczną kobietę, która rozumiała mój zapał i chęć życia. Przez wiele lat borykała się z rakiem, który wyniszczał jej organizm, ale dzięki radości i pasji życia nie poddała się nigdy. To ona zaczęła mi podsuwać kolejne fantastyczne książki. Pierwsza była „Jak uzdrowić swoje życie” Louise Hay, a później pochłonął mnie radosny świat Bożeny Figarskiej. Miałam to szczęście w życiu, że spotkałam ją osobiście. Fantastyczny lekarz zagubionych dusz, kobieta, która pomyślnie stoczyła w życiu wiele bojów i wygrała z ciężką chorobą. Jej książka „Żyj z pasją” pozwoliła mi wyzwolić w sobie nieokiełznaną radość i moc, którą mogłam "góry przenosić". Dzięki niej nauczyłam się kontrolować swoje myśli i słowa. Wszystkie negatywne wyrzuciłam na śmietnik. Wiem bowiem, że to, co jest w mojej głowie ma swoje odzwierciedlenie w życiu obecnym i przyszłym. Staram się więc nie marudzić, nie narzekać i nie wywoływać czarnymi wizjami „wilka z lasu”. Wreszcie nauczyłam się marzyć odważnie i z rozmachem.  W marzeniach mogę być, kim tylko zechcę i tylko od mojej odwagi i samozaparcia zależy, czy spełnią się moje pragnienia. Lubię mieć w życiu cel i to nie jeden. Dla mnie to jest jak powietrze. Bez życiowych zadań gubię sens istnienia. Nie lubię być zawieszona w próżni. Jedni mają tzw. postanowienia noworoczne, a ja każdego roku zakładam MÓJ ZESZYT MARZEŃ. Snuję w nim radosne wizje mojej przyszłości w najdrobniejszych szczegółach, a później sprawdzam ile się spełniło. Jak do tej pory moje zapiski działają bez zarzutu. Wierzę w moc pozytywnych afirmacji.
 Może takie myślenie mnie nie uzdrowi, chociaż kto wie…. niezbadane są moce naszego mózgu, ale nie pozwoli mi się załamać. Mogę być chora, ale cieszyć się otaczającym mnie światem zanim zakryje mnie wieczny  mrok. Dlatego, kiedy zaczynam się gubić w rzeczywistości, wracam do „Pasji życia” Bożeny Figarskiej. Kilka stron jej książki i na nowo odnajduje sens i cel życia.


wtorek, 9 kwietnia 2013

Moja droga - mój wybór











Można płynąć przez życie, jak patyk niesiony nurtem rzeki. Gdzieś się dopłynie, ale ten brzeg może się nie spodobać. Tylko do siebie możemy mieć pretensje, że ani razu nie machnęliśmy ręką ani nogą, żeby zmienić kierunek i dotrzeć do brzegu, który NAM odpowiada.
 Zazwyczaj mamy w życiu jakiś wybór. Co prawda nie wszystko zależy od nas, bo nikt nie ma wpływu na tzw. nadzwyczajne przypadki, np. choroby, ale nawet to nie usprawiedliwia naszej bierności. Można położyć się do łóżka i poczekać bez ruchu. Wtopić się w materac i zniknąć? Niestety tak to nie działa. Można się tak wtapiać przez moment, ale życie czeka nadal, żeby coś z nim zrobić. Tylko co? Jest tyle możliwości, aż za dużo czasami!  

piątek, 5 kwietnia 2013

Odrobina słońca


 

Czy wiesz zdrowy człowieku jak fajnie jest tańczyć do utraty tchu? Biegnąć przed siebie zwyczajnie i bez celu. Stąpać w mini na obrzydliwie wysokich obcasach. Zapinać szybko małe guziczki. Wbiegać po schodach bez zadyszki i w ogóle wbiegać. Wejść na własnych nogach na najwyższy górski szczyt. Pokroić mięso w drobną kostkę nie gubiąc po drodze noża z 10 albo i 100 razy. Stać na własnych nogach w gigantycznej kolejce pełnej ciekawych ludzi. Pracować do utraty tchu. I zwyczajnie chodzić. Ile wspaniałych, normalnych rzeczy. A Ty biedny – zdrowy człowieku z takim mozołem dźwigasz to zwyczajne życie i nie widzisz tych cudowności. To może wreszcie uciesz się, że masz to, czego innym brak. I przestań marudzić, że Ci źle. Zawsze może być gorzej.

A jutro może zaświeci wreszcie słońce i dla mnie. Wyruszę przed siebie, bez obawy, że schody złośliwie zrzucą mnie z siebie. I obejrzę wiosnę z bliska. Tylko żeby już nadeszła, bo więdnę z braku słońca i powietrza. L Tylko tyle, tak mało chcę, ale sama na własnych nogach, bez siniaków i rozwalonych łokci.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Lustrzane odbicie











To kim jestem, jest lustrzanym odbiciem moich myśli o sobie.


Bardzo trudno mi było spojrzeć na samą siebie ze zrozumieniem. Zawsze chciałam się ukrywać przed światem i przed ciekawskimi spojrzeniami. Sama na siebie również nie patrzyłam z sympatią. Kiedy przechodziłam obok dużych luster albo wystaw sklepowych zawsze odwracałam wzrok. Nie podobała mi się istota, która się w nich odbijała. Ganiłam siebie za sposób w jaki się poruszam i niezgrabne nóżki widoczne nawet spod najszerszych, najbardziej maskujących spodni.
 Przez wiele lat przymierzałam się do pływania. To dla mnie najlepszy sposób rehabilitacji. Nie potrafiłam się jednak przełamać, bo wstydziłam się swojego nieidealnego ciała. Kilka razy odwiedzaliśmy z mężem basen, żeby się przekonać, że z szatni do wody jest bardzo blisko i nikt nawet nie zauważy jak idę i jak wyglądam w stroju kąpielowym.  W pozbyciu się oporów pomógł mi pewien ortopeda, który nie umiał mnie leczyć, ale wzmocnił moją wiarę w siebie. Uzmysłowił mi bowiem, że to, jak wyglądam to nie moja wina. Nikt, kto jest normalnym człowiekiem nie powinien się z tego śmiać i na pewno tego nie robi. To ja bardziej krytykuje samą siebie i więcej od siebie wymagam niż inni. Mam prawo być, kim jestem i jaka jestem. I chodzenie na basen mam traktować, jako formę terapii, a nie wybieg dla modelek.
Pomogło.

Spojrzałam wreszcie na siebie, jak na człowiek, który ma problem, a nie kaprys. Który nie robi niektórych rzeczy nie z wygodnictwa, ale z niemocy. Mam również prawo prosić o pomoc i robić niektóre rzeczy mniej typowo, czyli tak, żeby było bezpiecznie i komfortowo dla mnie. Musiałam jednak przepracować to w sobie i przekonać się, że nie tylko ja jestem niepełnosprawna. Są na świecie ludzie bardziej poturbowani, a radzą sobie o wiele lepiej, zapewne, dlatego, że nie mają w sobie poczucia inności i w naturalny sposób przyjmują wsparcie.  Zrozumiałam to dzięki ludziom, których spotkałam w sanatorium, ale i tutaj. Wielkie dzięki Ethel!!!!!!! ;D  

wtorek, 2 kwietnia 2013

Nieupadła księżniczka









Święta, święta a po świętach padam na nos. No, tym razem nie na nos a na cztery litery. Zmęczenie wzięło górę nad siłami i ambicją. Oprócz mojej dumy ucierpiało kilka części ciała. I ani kule nie pomogły ani powolne człapanie. Zaliczyłam potężny upadek i to na środku chodnika, aż ziemia zadrżała!! Na szczęście był mąż i znajomi. Pomogli pozbierać posiniaczone członki z ziemi i jak księżniczka zostałam wniesiona na rękach do mieszkania.

Trochę mi wstyd tak nie móc się utrzymać na własnych kończynach, ale wiem, że czasami nie mogę nic na to poradzić. Niestety zrobiłam to trochę na własne życzenie. Pomijam fakt, że nie moim życzeniem była choroba, ale powinnam już wiedzieć, kiedy przystopować i nie zamęczać się. No tak, ale jakbym tak trzęsła się nad sobą, jak nad jajkiem to niczego bym w życiu nie osiągnęła. No jasne, że mogę powiedzieć, jestem niesprawna i nie mam siły i wywołać w sobie uczucie rozżalenia i niemocy. Ale kto za mnie przeżyje mój ziemski czas. Leżąc na kanapie nie doświadczę niczego fajnego! A ja lubię żyć, chociaż czasami jest ciężko i boląco. I uwielbiam robić wiele rzeczy na raz, nawet kosztem totalnego zmęczenia. A najbardziej lubię takie prozaiczne czynności, których nie mogę wykonywać. No tak, ale co fajnego jest np. w myciu okien i zmienianiu firanek? Dla mnie sama radość, a dla tych, co mogą, czyste utrapienie. Paradoks.

 Czasami myślę, że moją chorobą zostałam przystopowana przed totalnym szaleństwem. Takim z radości oczywiście. Gdybym była zuuuuupełnie zdrowa, to rozniosłabym świat! Byłabym jednocześnie wszędzie i wszystkim i mogłabym wykonywać wszystkie zawody świata, nawet kopać rowy ;). A może w swojej przewrotności Bóg dałby mi zdrowie i lenistwo. Miałabym normalne, ułożone, zaplanowane, nudne życie i nie chciałabym wcale zdobywać świata? No, nie wiem.

 Teraz jestem, kim jestem i to, co robię sprawia mi ogromną radość, mimo, że jest okupione bólem i niemocą. Ja chcę, żeby moje życie było jak najbardziej normalne, cokolwiek to znaczy. Dlatego nigdy nie odpuszczę! Wygoję siniaki, krwawiące łokcie i ruszę do przodu.