czwartek, 18 lipca 2013

Mój mały świat


Jakiś czas temu wysiadłam z pędzącego pociągu "harówka i stres". Na początku brakowało mi zabiegania i ciągle zajętych rąk i głowy, a nawet zmęczenia, bo ono dawało satysfakcję z dobrze wykonanych zadań. Z celowości działań i życia. Teraz mój mały świat zwolnił i nieco się skurczył. Po pierwszym szoku zaczęłam go coraz bardziej dostrzegać. Cieszyć się wolną chwilą, słońcem, z którego mogę korzystać kiedy chcę. Z książek, które mogę powoli kontemplować, a nie czytać prędziutko, przed snem, żeby jak najszybciej dać odpocząć oczom. Cieszę się deszczem, kiedy jest zimny i nie muszę wychodzić, tylko z czystym sumieniem zaszywam się pod kocem. Z czasu, który mogę wreszcie poświęcić swojemu zdrowiu i z radością i siłą wrócić do ulubionych ćwiczeń. Joga wykonywana pośpiesznie między pracą, a domowymi obowiązkami, nie satysfakcjonuje i nie działa. Mogę poświęcić czas dla moich ukochanych kwiatów, które w tym roku rosną wybitnie i odwdzięczają się za moją troskę. Może ten moment nie będzie trwał wiecznie, ale staram się go wreszcie docenić i zrozumieć, że w życiu jest okres gonitwy i okres spokoju. Wszystko trzeba umieć zaakceptować, zamiast się niepotrzebnie szarpać.





poranek z gazetką i filtrami przeciwsłonecznymi, chociaż surfinie się tak rozrosły, że dają dużo cienia
 






kocimiętkę musiałam trochę przykrócić, bo za bardzo się panoszyła i nie pozwalała wejść na balkon








aż trudno uwierzyć, że to, co teraz wygląda tak




 
kilka miesięcy temu było takie rachityczne
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

wtorek, 16 lipca 2013

Przytłumiona




Nasza ostatnia wyprawa była znakomita i bardzo owocna. Owoce zebrane w postaci cudnych przeżyć, niezapomnianych klimatów i obrazów oraz w postaci usterki auta, która ujawniła się dnia następnego.
W poniedziałek postanowiłam odwiedzić rodziców. Odpaliłam więc furę i zasuwam bocznymi uliczkami, żeby ominąć korki na głównych skrzyżowaniach. Tradycyjnie, bowiem, jak w każde wakacje, legniccy drogowcy naprawiają największe skrzyżowanie, dziwnym trafem od 3 lat wciąż to samo. Śmigam, więc dzielnie i wreszcie pokonuje ostatnie światła. Ruszam z impetem, bo upał mnie umęczył i słyszę straszny warkot. Gość z samochodu za mną chyba ma sportowy tłumik? Warkot narasta i narasta i coś zaczyna dzwonić. Auto za mną dawno skręciło, żadnego traktora w pobliżu…No tak! Pewnie to ja zgubiłam tłumik. Straciłam impet razem z dobrym humorem i powoli dowlekłam się pod dom rodziców. Zerkam ostrożnie pod auto, ale na szczęście tłumik wisi na miejscu. Wytrzęsło go biedaka na karkonoskich drogach, kiedy bocznymi, dziurawymi ścieżkami próbowaliśmy ominąć rajd samochodowy i dostać się do Szklarskiej Poręby Górnej i pewnie ujawniła się jakaś dziura w rurze wydechowej.  

 Po południu zajeżdżamy do zaprzyjaźnionego warsztatu i zaczyna się tzw. polka. Tłumik środkowy ma dziurę na dziurze i trzyma się na ostatnim włosku. Szukamy w kilku katalogach, żeby go zamówić, ale o dziwo nie możemy go namierzyć. Mechanik proponuje, że zamówi w hurtowni, taki, żeby pasował do mojego modelu. Na drugi dzień dzwoni i oświadcza, że zamówiony nie pasuje i nie potrafi nam pomóc, dlatego prosi o zabranie auta i podpowiada poszukiwanie na allegro. Robimy dokładne zdjęcia tłumika i zaczynają się poszukiwania zakrojone na ogromną skalę. Problem polega na tym, że auto mam typowe, ale tłumik nie, ponieważ do tego modelu jednocześnie montowano dwa rodzaje tłumików i mi przypadł w udziale ten "exclusiv". Jego niezwykłość polega na tym, że wąsy i dziurę ma nie tam gdzie powinien. Nikt jednak nie potrafi nam pomóc. We wszystkich sklepach specjalizujących się w japończykach, rozkładają ręce ze zdziwienia. Niektórzy sprzedawcy nawet wpadają w nerwy, kiedy staramy się wytłumaczyć, że mój tłumik, tzn. mojego auta, ma dziurę i wąsy w innym miejscu, niż sugerują wszystkie katalogi. Widać nawet producenci nie wiedzą, że popełniają błąd. W ten oto sposób obraziliśmy większość handlowców, wykazując im brak wiedzy, a najbardziej elastyczności. Są chyba zbyt zadufani w sobie i swój tzw. profesjonalizm, żeby uwierzyć laikowi.

Przekopuję więc internet. Odkrywam, że tylko dwóch producentów robi mój tłumik. Robi, a raczej tylko ma na zdjęciu w katalogu. Dzwonię więc po pomoc do salonu Toyoty.  Pan od części zamiennych zaprasza mnie serdecznie do warsztatu i zapewnia, że z chęcią mi pomogą i za odpowiednią opłatą wymienią, co trzeba. Kiedy wartość części, bez robocizny sięga sumy ok.2000 zł, blednę i żegnam się pospiesznie. Droga poszukiwań prowadzi mnie na drugi koniec Polski. W jednej z hurtowni chwalą się, że sprzedają tłumiki mojego producenta. Sprzedawca okazuje się być profesjonalistą. Od razu oświadcza, że ten model tłumika nie jest dostępny, bo był produkowany w bardzo krótkiej serii. Owszem można go sprowadzić zza siedmiu mórz, ale będzie to kwota, która zaważyłaby na moim domowym budżecie, na co najmniej kilka lat. Podpowiada, że z takimi nietypówkami najlepiej udać się do profesjonalnego, tłumikowego warsztatu. Tam potrafią działać cuda i dopasować mi tłumik nawet z odrzutowca.

Tłumikowych warsztatów u nas masa! Z terkoczącym i dzwoniącym podwoziem objeżdżamy aż cztery. Jeden zlikwidowany, dwa czynne do godzin bardzo wczesnopopołudniowych, czyli niedostępne dla ludzi pracujących. Ostatni, na drugim końcu miasta. Wpadamy w ostatniej chwili i przepraszamy, że zawracamy głowę przed końcem pracy. Miękną serca mechaników i wskakują pod auto. Po wstępnych oględzinach oświadczają, że to łatwizna i bez wielkich kosztów ( 50 zł) połatają, co trzeba, a auto będzie gotowe na drugi dzień.

Cztery dni zajęły nam poszukiwania. Wszyscy profesjonalni handlowcy zawiedli, bo zabrakło im pokory i autentycznej chęci pomocy. Kolejny raz przekonałam się, że internet to siła i, że jak człowiek sam nie posiedzi kilka godzin i nie zdobędzie wiedzy, to nikt mu nie pomoże. Teraz już wiem, że moja Toyotka jest wyjątkowa, ale upierdliwa w tej wyjątkowości.

   

sobota, 13 lipca 2013

Samouzdrawianie, czy bioenergoterapia?













Ostatnio z Jaskółką i  Ethel dyskutowałyśmy na temat możliwości samouzdrawiania. Sprowokowała nas do tego wizyta ojca Bashobora na stadionie narodowym w Warszawie. Przez jednych nazywany jest katolickim uzdrowicielem, a przez innych szamanem. Wielu z nas zastanawiało się jak to jest z tymi uzdrowieniami, czy to wydarza się naprawdę, czy to jakieś zbiorowe halucynacje. Kilka dni trawiłam temat i przypominałam sobie, jak to jest ze mną i moją walką o zdrowie.

Dawno temu lekarze przestali mnie leczyć i diagnozować, bo stałam się zbyt trudnym i dziwnym przypadkiem. Objawy mojej choroby nie były typowe i jedni mówili, że jeszcze pożyję, inni, że już nie tak długo, jedni, że będę chodzić inni, że będę roślinką. Bardzo chciałam zagrać im na nosie i udowodnić, że ich wszelkie przepowiednie to bzdura. Zaczęłam szukać pomocy w medycynie niekonwencjonalnej. Przeczytałam wiele książek na temat samouzdrawiania i zaczęłam ćwiczyć nie tylko ciało, ale przede wszystkim umysł. Medytacje, afirmacje i wizualizacje to nic innego, jak modlitwy, które pobudzają ogromne pokłady energii, jaką każdy z nas posiada. W jednych czai się uśpiona i nieużywana przez całe życie, a inni potrafią zrobić z niej użytek. Dla mnie działanie ojca Basobory to nic innego, jak wzbudzenie w ludziach tej ogromnej mocy, która może uzdrawiać. Poprzez słowo, modlitwę, sugestię. Najważniejsza jest jednak nasza ogromna wiara, bo to ona nas zmienia i uzdrawia, a nie jak myślą niektórzy, czary, czy kuglarskie sztuczki.  

Kiedyś przez kilka miesięcy chodziłam do bioenergoterapeuty. Na początku byłam nastawiona sceptycznie, bo po pierwszym seansie nie wyzdrowiałam nagle i cudownie. Chciałam jednak spróbować i chodziłam dalej. Po kilku wizytach czułam się jakby lżejsza emocjonalnie.  Moje stare lęki, urazy, żale, kompleksy zaczynały się jakby rozpuszczać pod wpływem energii, którą on mi przesyłał. Moje ciało przestało się wreszcie kurczyć ze strachu i niepewności i poczułam się silniejsza fizycznie. Po jakimś czasie stwierdziłam, że uzdrowiciel zaczyna za bardzo ingerować w moje myśli i postrzeganie świata. Rzeczywistość zaczęła mnie nudzić, traciłam pokorę do życia, a na wszystkich patrzyłam z góry, jakbym posiadła tajemną wiedzę, niedostępną dla każdego. Dlatego zrezygnowałam z kosztownych wizyt i uznałam, że sama też mogę sobie pomóc. Pewnie nie mam takiej siły jak „uzdrowiciel z prawdziwego zdarzenia”, ale moimi myślami też mogę działać. Mogę wzbudzić w sobie ten Boży pierwiastek, który tkwi w każdym z nas. Dla mnie Bóg nie jest już tylko  staruszkiem z siwą brodą. To Moc, Siła, Światło, a przede wszystkim Miłość.

Kierując tę Miłość w stronę swoją i innych możemy być szczęśliwi. Napełniając się tym Światłem możemy wzbudzić w sobie Moc, która da nam Siłę do walki z każdą chorobą i do tworzenia naszej rzeczywistości. Kiedy mamy tę Siłę wywołujemy twórcze myśli. Każda, bowiem myśl, która kiedykolwiek pojawiła się w naszej głowie, prędzej czy później zmaterializuje się w naszym życiu. Najszybciej ta zła. Dlatego nie myślę, że jestem chora. Był, bowiem czas, kiedy przestałam myśleć pozytywnie. W mojej głowie miałam wizję siebie biedniutkiej, chorótkiej, nad którą się wszyscy użalali. Był to okropny czas, czas powrotu do tragicznego samopoczucia. Powrót do euforii sprzed lat jest o wiele trudniejszy, ale trwa. Wierzę na nowo w Moc, która we mnie Świeci.
  
  
 
 

czwartek, 11 lipca 2013

Chętnie sprzedam















Wiem, że internet ma potężną siłę przekazu. Dlatego próbuję z niej skorzystać i zamieszczam ogłoszenie o sprzedaży mojego mieszkania.
Mieszkanie znajduje się w Legnicy (dolnośląskie). Jest urocze, jasne, ciepłe i gotowe do zamieszkania. Składa się z dwóch ustawnych pokoi, otwartej kuchni i łazienki. Ma nowe drzwi i okna z roletami antywłamaniowymi. Do mieszkania przynależy duża piwnica, natomiast na podwórku garaż wyposażony w wodę, prąd i kanał. Luksus jak we własnym domku. Mieszkanie znajduje się na pierwszym piętrze i gdyby nie te schody, których ja już prawie nie pokonuję, pewnie bym go nie sprzedawała. Może komuś się spodoba, a jeżeli tak to proszę o kontakt na adres trabocyt75@gmail.com  Ogłoszenie znajduje się na stronie poniżej


A oto kilka fotek



 





















poniedziałek, 8 lipca 2013

Wieża Książęca w Siedlęcinie, czyli legenda o "złych kobietach".


Historia książęcej wieży w Siedlęcinie, to historia związana z kobietami. Trudno jest mi uwierzyć, że opisuje nas w bardzo niekorzystnym świetle. Niby, że my kobiety prowadzimy mężczyzn do zguby. Liczę jednak, że są to tylko historie wyssane z palca i można je między bajki wsadzić. Ale po kolei.   

Wieża w Siedlęcinie położona jest w powiecie jeleniogórskim, nad malowniczą rzeką Bóbr. 
 
 Jest jednym z najważniejszych i najlepiej zachowanych zabytków średniowiecznych w Polsce. Na największą uwagę zasługują kolorowe freski znajdujące się w jednej z sal. Przedstawiają one historię rycerza Lancelota z Jeziora, rycerza Okrągłego Stołu. Sir Lancelot zakochał się z wzajemnością w żonie króla Artura, Ginewrze. Zakazana miłość spowodowała same komplikacje. Doprowadziła do rozłamu wśród rycerzy Okrągłego Stołu, a w wyniku bratobójczych walk do śmierci samego króla. Zhańbiona i nieszczęśliwa królowa zamknęła się w klasztorze. Natomiast sir Lancelot swoim czynem zbrukał swe czyste serce, przez co utracił możliwość odnalezienia świętego Grala, a po śmierci króla i upadku Camelotu, podobnie, jak ukochana, zdecydował się na życie klasztornie. Oczywiście w innym klasztorze niż Ginewra. Przynajmniej tak mówi legenda i freski na ścianach wieży. I tak oto, kobieta doprowadziła do upadku państwa. Właściwie jej uroda, ale czyż to jej wina, że była taką pięknością, że mężczyźni nie mogli powstrzymać swych żądzy?

Inna legenda głosi, że w wieży mieszka zmora. Za życia była siódmą córka właściciela, a to podobno wróży nieszczęście. Była panną totalnie pozbawioną urody, przez co wszyscy ją wyśmiewali. Dlatego po śmierci pokazuje, do czego jest zdolna i dusi wszystkich, którzy się jej nie podobają. Nie wiem, jakie przyjmuje kryteria, a ponieważ podobno przybiera postać ćmy albo komara, dlatego na wszelki wypadek na noc zamykam okna. Lepiej, żeby się nie zaplatała w moje strony.
 
 
przed wieżą rośnie potężna lipa sądowa, która jest tzw. zroślakiem, czyli powiązaniem dwóch drzew.
  
 
           stąd jej ogromny rozmiar
 
 
 
wejście do wieży
 
 
 
 
 wspomniane freski
 
 
 
 
 
drewniany strop ostatniej kondygnacji 
 
średniowieczny kominek 
 
  
 Niesławną wieżę zostawiamy za sobą i zwiedzamy bardzo uroczy zakątek, który poleciła mi  Mamma . Schronisko Perła Zachodu położone nad jeziorem Modrym - jeziorem zaporowym rzeki Bóbr. Jest to bardzo klimatyczne i coraz bardziej popularne miejsce. Kiedyś niemalże zapomniane przez turystów, ponieważ ze względu na duże zanieczyszczenie rzeki Bóbr było nazywane Perłą Smrodu. Z tarasu widokowego rozpościera się widok na jezioro i zaporę na rzece. Widok faktycznie zapiera dech. Natomiast w ogromne zdumienie wprowadziła nas organizacja restauracji. Otóż, co chwilę z restauracji wychodziła kelnerka z naręczem przeróżnych potraw i krążąc między stolikami próbowała zidentyfikować sprawcę zamówienia. Efekt był taki, że dziewczyna nieźle się nabiegała, a lody i różnego rodzaju serniczki rozpuszczały się w mgnieniu oka. Myślę, że wrócimy tam jeszcze nie raz, bo jestem ciekawa jak to miejsce wygląda w innych porach roku.
 
 
Perła Zachodu od strony zapory elektrowni
 
 
 
 
wejście na małą wieżę widokową
 
 
 

 
widok z tarasu na jezioro Modre i most, który prowadzi do form skalnych i wzgórza Wieżycy
 
 
 
 
zapora na jeziorze i elektrownia wodna Bobrowice I
 
 
 
 
ciekawe figury strażników schroniska
 
dolina Bobru
 
 
 

Późnym popołudniem łapiemy jeszcze przepiękny krajobraz okolicy ze szczytu góry szybowcowej w Jeżowie Sudeckim.


w dole Jelenia Góra


 

 

czwartek, 4 lipca 2013

Chojnik - smutny żywot singla














Dawno, dawno temu, na szczycie góry, w okazałym zamczysku mieszkała sobie księżniczka Kunegunda. Dla zaprzyjaźnionych występowała pod pseudonimem Kundzia, a dla nieszczęśliwie zakochanych piekielna Kundzia. Kundzia dobiegała tzw. słusznego wieku, czyli takiego, w którym nie wypadało pozostawać panną. Nic sobie jednak z tego nie robiła, gdyż odpowiadało jej życie singla. Daleka jej była wizja pieluch, stania przy garach i męża leniwca, który oglądałby się za służkami. Wolała prowadzić swobodne i wystawne życie i otaczać się zastępem adoratorów, a że ponętną niewiastą była, adoratorów wciąż przybywało. Wreszcie postanowiła uciszyć plotki i przeprowadzić test dla przyszłego małżonka. Otóż każdy ubiegający się o jej rękę i nie tylko rękę, miał wykonać pewien test. Tylko ten, który objedzie na koniu zamek i cało wyjdzie z próby zasłuży, by poślubić próżną Kundzię. Zadanie to jednak było zbyt trudne i nie jeden śmiałek runął w dół wraz ze swoim rumakiem. Kundzia zacierała rączki i hulała dalej.

 Pewnego dnia zjawił się na dziedzińcu białolicy i wycackany rycerz, w lśniącej zbroi i na wyczesanym ogierze.  Zabiło serce spragnionej takich wdzięków niewiasty. Chciała mu odpuścić ciężką próbę i zaciągnąć do łoża, z pominięciem ołtarza i całego ceremoniału. Rycerz jednak był zbyt dumny, objechał szczęśliwie zamek, zawinął kitę i tyle go widzieli. Udowodnił, że dla chcącego nic trudnego i rozochoconą księżniczkę pozostawił we łzach. Kundzia była tak rozwścieczona, że skoczyła za rycerzem. Niestety niefortunnie runęła na wielki głaz i straciła życie. Do dzisiejsze dnia na wielkim kamieniu pozostały ślady jej wielkich pośladków.

Do dzisiejszego dnia zamek Chojnik jest okazałą budowlą. Mieści się niedaleko Jeleniej Góry, a jego szczerbaty zarys widać z daleka. Do zamku prowadzi kilka dróg. Od Sobieszowa, ale dosyć trudna, bo biegnie przez skupisko skalne zwane Zbójeckimi Skałami. Dlatego, kiedy postanowiliśmy się dostać do zamku wybraliśmy teoretycznie łatwiejszy szlak. Wiedzie on z drugiej strony góry od miejscowości Zachełmie. Trasa trochę długa, ale bardzo przyjemna, przez bukowy las. Długość jej nam nie przeszkadzała, cieszyliśmy się, że jest dosyć łatwa. Bez zbędnych wzniesień i głazów, aż do momentu, kiedy naszym oczom ukazał się rząd kamiennych schodów. Wysokich, nierównych i po prostu wstrętnych. Nie było wyjścia, musieliśmy się na nie wdrapać. Mąż był lekko przerażony, bo tego nie przewidział, ale trochę mnie ciągnął pod górę, trochę popychał i jakoś znaleźliśmy się przed bramą zamku.



Do zwiedzania jest dziedziniec, pręgierz, mury obronne, loch głodowy i wieża widokowa z panoramą na  Karkonosze.  Nie ma on tak okazałych wnętrz jak inne zamki, ponieważ w XVII wieku uległ pożarowi i z wielu zabudowań pozostały resztki. Pozostał jednak jedną z największych atrakcji tego regionu.
Bardzo lubimy takie zabytki, dlatego nie spieszyliśmy się i zwiedzanie zakończyliśmy późnym popołudniem.
 Mąż postanowił, że dla mojej wygody, wrócimy inną drogą i ominiemy kamienne schody. Początkowo trasa była łagodna. Szeroka wygodna droga. Po pewnym czasie musieliśmy z niej zboczyć, żeby trafić na ścieżkę prowadzącą do samochodu.  Wiodła ona przez las i z każdą chwilą robiła się coraz bardziej stroma. Zaczynało się robić ciemno, a na naszej drodze, jak grzyby po deszczu wyrastały kamienie, gałęzie, a ścieżka coraz bardziej się zwężała. W pewnym momencie przemieniła się w stare koryto strumienia i właściwie momentami trzeba było się czołgać pod górę. Byliśmy coraz bardziej przerażeni. Na mapie nie wyglądało to aż tak strasznie. Miało był bliżej i łagodniej. Wreszcie w milczeniu i z duszą na ramieniu dotarliśmy do podnóży kamiennych schodów, czyli miejsca od którego zaczęliśmy wspinaczkę do zamku. Teraz już z ulgą i radością ruszyliśmy w zapadającym zmierzchu przez las, a świadomość odnalezionej drogi niosła nas jak na skrzydłach. Szukanie lepszej drogi się nie opłaciło, ale przy okazji zaliczyliśmy kawałek Ścieżki Kunegundy w Piekielnej Dolinie i mogę powiedzieć, że Chojnik obeszłam na około dwa razy. Kundzia dała nam nieźle popalić.


 
Kundzia wciąż straszy na zamku. Udaje smoka z rozdziawioną paszczą i wygania turystów.



Za karę stoi czasami pod pręgierzem o chlebie i wodzie. Chleb suchy, a woda z kałuży, dlatego taka zabiedzona.



Krnąbrna jest okrutnie i stanie pod pręgierzem to małe miki, dlatego trzeba ją czasami zamknąć w wieży.



Ostatni rzut oka na przepiękny krajobraz okolicy.


 


wtorek, 2 lipca 2013

Szczęśliwy numerek



Czasami mi się wydaje, że posiadam szczęśliwy numerek. Nie w totolotku, ale numerek mieszkania. Nie jest to najpopularniejsza 7-ka, ani też paradoksalnie dla niektórych 13-ka, ani też najbliższa wszystkim 1-ka, tylko 4-ka. Zwyczajna i niczym niewyróżniająca się 4-ka. Okazuje się jednak, że swym urokiem przyciąga wszystkich. Są bowiem takie dni, że właściwie mogłabym nie odchodzić od słuchawki domofonu, a było by to na pewno mniej męczące niż człapanie po mieszkaniu tam i z powrotem. Kiedyś myślałam nawet żeby na stałe zainstalować sobie w przedpokoju fotel, żebym miała wygodę w oczekiwaniu na kolejnego zagubionego.



Największy ruch panował, kiedy sąsiedzi spod 1-ki mieli zepsuty domofon i ich goście z przyzwyczajenia dzwonili guzik wyżej, czyli do nas. Wreszcie, po kilku naszych interwencjach przestali dzwonić, natomiast o różnych porach dnia i czasem nocy słychać było głośne stukanie w ich okno. Trwało to  kilka miesięcy, aż zdecydowali się wreszcie naprawić usterkę.




Nie przeszkadzało mi to tak bardzo, kiedy pół dnia nie było mnie w domu. Teraz natomiast okazuje się, że stałam się etatowym odźwiernym.  Listonosz zawsze dzwoni do mnie. Nigdy jednak nie chce mu się wejść na górę, żeby zostawić polecony. Najwygodniej jest mu wrzucić awizo do skrzynki z adnotacją, że nie zastał nikogo w domu. Czyżby takie przewrotne podziękowanie za to, że wpuszczam go do bramy? Natomiast kurierzy bardzo chętnie wchodzą na górę i proszą o odebranie paczki dla sąsiadki, która jest akwizytorem kosmetyków. Czemu nie? Na tym i ja mogę skorzystać.

Najbardziej mnie irytują wczesno poranne wizyty. Krążę sobie po mieszkaniu, w piżamie i pół rozczochraniu, szykuję kawkę, a tu dzwonek do drzwi. Z pominięciem domofonu, a to coś nowego. Nieśmiało człapię w stronę przedpokoju, w nadziei, że to może pomyłka, kiedy rozlega się kolejny dzwonek i natarczywe pukanie do drzwi. To sprzątaczka żąda otworzenia i wypożyczenia klucza od piwnicy, bo jej się drzwi zatrzasnęły, a tam ma cały swój sprzęt. Oświadczam, że w obecnej chwili nie jestem w stroju wyjściowym i musi zaczekać, aż się trochę ogarnę. Na szczęście, zanim to uczyniłam, sąsiad wybawił mnie z kłopotu i wypożyczył klucz piwniczny.

Domokrążcy wszelkich odmian wybierają natomiast godziny przed południowe. Kiedy zabieram się za gimnastykę, w stroju oczywiście odpowiednim i bardzo luźnym. Leżę na macie z ciężarkami zaczepionymi na kostkach. Dzwonek do drzwi. Myślę sobie, że zanim się uwolnię z obciążników i doczłapię do drzwi, ten ktoś się znudzi i odejdzie. Dzwoni jednak natarczywie. Postanawiam więc udać się pod drzwi. Patrzę przez wizjer na młodego, przystojnego mężczyznę. Oczekuje ode mnie otworzenia drzwi, bo ma mi coś interesującego do zaoferowania. Brzmi intrygująco, ale jestem niezłomna i wypytuję nadal. On mi nie powie dopóki nie otworzę. No, to nie otworzę, jak się nie dowiem! Otóż ma dla mnie propozycję zmniejszenia rachunków za telefon stacjonarny i pyta, jakie wysokie opłacam w tej chwili. Nie opłacam wcale, bo nie posiadam stacjonarnego, dlatego dziękuję i do widzenia.

Nie zawsze udaje mi się spokojnie powrócić do ćwiczeń albo do gotowania obiadu. Kolejny dzwonek i ktoś chce mi sprzedać za symboliczną złotówkę krzyżówki. Zebrane pieniądze mają być przekazane dla kogoś na leczenie. Z całym szacunkiem, ale nie. Od tego są odpowiednie fundacje i kiedy zasilę ich konto, mam pewność, że przekazane pieniądze trafią we właściwe ręce.

W błogiej ciszy i wielkim skupieniu gotuję obiad. Ręce upaprane do łokci. Do drzwi dobijają się dwie starsze panie. Z ostrożności nie otwieram. Panie jednak bardzo chcą ze mną porozmawiać o końcu świata i zatroskane pytają, czy jestem na to przygotowana. Oświadczam, że jestem zawsze i wszędzie i jakoś przeżyję kolejny  koniec. Dziękuję za rozmowę i wracam do gotowania.



Dopiero mąż wyszedł do pracy. Postanawiam dospać godzinkę w ciszy i spokoju. Odzywa się domofon. Leżę i czekam. Nie spodziewam się o tej porze nikogo. Dzwonek się powtarza. Postanawiam jednak sprawdzić, kto to, ale ponieważ nie nabrałam jeszcze rozpędu po nocy, zanim dochodzę do słuchawki po drugiej stronie zapada cisza. Wracam do łóżka. W połowie drogi rozlega się dzwonek. Potrójny i bardzo natarczywy.
 Podnoszę słuchawkę i pytam :
- Kto tam?
- To ja - słyszę w odpowiedzi obcy głos
- Ale kto ja? - cisza - halo, kto ? - cisza
Zrezygnowana i lekko wkurzona wracam do sypialni. Cieplutka kołderka i miękka poduszeczka może mnie ukoją. Dzwonek do domofonu. Tym razem wyglądam przez okno, nie zważając na poranny brak fryzury. Pytam delikwenta, do kogo chce się dostać, bo na pewno nie do mnie. Stwierdza, że faktycznie zadzwonił przez pomyłkę i to nic nie szkodzi, że trzy razy. Chciał pod 5-kę, ale jakoś mu nie wyszło. Teraz, kiedy słyszę w słuchawce - to ja - wpuszczam bez oporów. Wiem bowiem, że to wina nie delikwenta do 5-ki, ale przestawionych kabelków w domofonie. Mam tylko nadzieję, że awaria nie potrwa długo.

Siedzenie w domu nie jest wcale takie nudne. Czuję się bardzo potrzebna tym wszystkim ludziom. Tylko szkoda, że dzwonią często w najmniej odpowiednich momentach i brakuje im cierpliwości, żeby poczekać aż doczłapię do drzwi. Chyba muszę przy moim szczęśliwym numerku zamieścić napis: chodzę powoli, proszę czekać cierpliwie albo nie dzwonić bez uzasadnionej potrzeby.