Czasami mi się wydaje, że posiadam szczęśliwy numerek. Nie w totolotku, ale numerek mieszkania. Nie jest to najpopularniejsza 7-ka, ani też paradoksalnie dla niektórych 13-ka, ani też najbliższa wszystkim 1-ka, tylko 4-ka. Zwyczajna i niczym niewyróżniająca się 4-ka. Okazuje się jednak, że swym urokiem przyciąga wszystkich. Są bowiem takie dni, że właściwie mogłabym nie odchodzić od słuchawki domofonu, a było by to na pewno mniej męczące niż człapanie po mieszkaniu tam i z powrotem. Kiedyś myślałam nawet żeby na stałe zainstalować sobie w przedpokoju fotel, żebym miała wygodę w oczekiwaniu na kolejnego zagubionego.
Największy ruch panował, kiedy sąsiedzi spod 1-ki mieli zepsuty domofon i ich goście z przyzwyczajenia dzwonili guzik wyżej, czyli do nas. Wreszcie, po kilku naszych interwencjach przestali dzwonić, natomiast o różnych porach dnia i czasem nocy słychać było głośne stukanie w ich okno. Trwało to kilka miesięcy, aż zdecydowali się wreszcie naprawić usterkę.
Nie przeszkadzało mi to tak bardzo, kiedy pół dnia nie było mnie w domu. Teraz natomiast okazuje się, że stałam się etatowym odźwiernym. Listonosz zawsze dzwoni do mnie. Nigdy jednak nie chce mu się wejść na górę, żeby zostawić polecony. Najwygodniej jest mu wrzucić awizo do skrzynki z adnotacją, że nie zastał nikogo w domu. Czyżby takie przewrotne podziękowanie za to, że wpuszczam go do bramy? Natomiast kurierzy bardzo chętnie wchodzą na górę i proszą o odebranie paczki dla sąsiadki, która jest akwizytorem kosmetyków. Czemu nie? Na tym i ja mogę skorzystać.

Najbardziej mnie irytują wczesno poranne wizyty. Krążę sobie po mieszkaniu, w piżamie i pół rozczochraniu, szykuję kawkę, a tu dzwonek do drzwi. Z pominięciem domofonu, a to coś nowego. Nieśmiało człapię w stronę przedpokoju, w nadziei, że to może pomyłka, kiedy rozlega się kolejny dzwonek i natarczywe pukanie do drzwi. To sprzątaczka żąda otworzenia i wypożyczenia klucza od piwnicy, bo jej się drzwi zatrzasnęły, a tam ma cały swój sprzęt. Oświadczam, że w obecnej chwili nie jestem w stroju wyjściowym i musi zaczekać, aż się trochę ogarnę. Na szczęście, zanim to uczyniłam, sąsiad wybawił mnie z kłopotu i wypożyczył klucz piwniczny.
Domokrążcy wszelkich odmian wybierają natomiast godziny przed południowe. Kiedy zabieram się za gimnastykę, w stroju oczywiście odpowiednim i bardzo luźnym. Leżę na macie z ciężarkami zaczepionymi na kostkach. Dzwonek do drzwi. Myślę sobie, że zanim się uwolnię z obciążników i doczłapię do drzwi, ten ktoś się znudzi i odejdzie. Dzwoni jednak natarczywie. Postanawiam więc udać się pod drzwi. Patrzę przez wizjer na młodego, przystojnego mężczyznę. Oczekuje ode mnie otworzenia drzwi, bo ma mi coś interesującego do zaoferowania. Brzmi intrygująco, ale jestem niezłomna i wypytuję nadal. On mi nie powie dopóki nie otworzę. No, to nie otworzę, jak się nie dowiem! Otóż ma dla mnie propozycję zmniejszenia rachunków za telefon stacjonarny i pyta, jakie wysokie opłacam w tej chwili. Nie opłacam wcale, bo nie posiadam stacjonarnego, dlatego dziękuję i do widzenia.
Nie zawsze udaje mi się spokojnie powrócić do ćwiczeń albo do gotowania obiadu. Kolejny dzwonek i ktoś chce mi sprzedać za symboliczną złotówkę krzyżówki. Zebrane pieniądze mają być przekazane dla kogoś na leczenie. Z całym szacunkiem, ale nie. Od tego są odpowiednie fundacje i kiedy zasilę ich konto, mam pewność, że przekazane pieniądze trafią we właściwe ręce.
W błogiej ciszy i wielkim skupieniu gotuję obiad. Ręce upaprane do łokci. Do drzwi dobijają się dwie starsze panie. Z ostrożności nie otwieram. Panie jednak bardzo chcą ze mną porozmawiać o końcu świata i zatroskane pytają, czy jestem na to przygotowana. Oświadczam, że jestem zawsze i wszędzie i jakoś przeżyję kolejny koniec. Dziękuję za rozmowę i wracam do gotowania.

Dopiero mąż wyszedł do pracy. Postanawiam dospać godzinkę w ciszy i spokoju. Odzywa się domofon. Leżę i czekam. Nie spodziewam się o tej porze nikogo. Dzwonek się powtarza. Postanawiam jednak sprawdzić, kto to, ale ponieważ nie nabrałam jeszcze rozpędu po nocy, zanim dochodzę do słuchawki po drugiej stronie zapada cisza. Wracam do łóżka. W połowie drogi rozlega się dzwonek. Potrójny i bardzo natarczywy.
Podnoszę słuchawkę i pytam :
- Kto tam?
- To ja - słyszę w odpowiedzi obcy głos
- Ale kto ja? - cisza - halo, kto ? - cisza
Zrezygnowana i lekko wkurzona wracam do sypialni. Cieplutka kołderka i miękka poduszeczka może mnie ukoją. Dzwonek do domofonu. Tym razem wyglądam przez okno, nie zważając na poranny brak fryzury. Pytam delikwenta, do kogo chce się dostać, bo na pewno nie do mnie. Stwierdza, że faktycznie zadzwonił przez pomyłkę i to nic nie szkodzi, że trzy razy. Chciał pod 5-kę, ale jakoś mu nie wyszło. Teraz, kiedy słyszę w słuchawce - to ja - wpuszczam bez oporów. Wiem bowiem, że to wina nie delikwenta do 5-ki, ale przestawionych kabelków w domofonie. Mam tylko nadzieję, że awaria nie potrwa długo.
Siedzenie w domu nie jest wcale takie nudne. Czuję się bardzo potrzebna tym wszystkim ludziom. Tylko szkoda, że dzwonią często w najmniej odpowiednich momentach i brakuje im cierpliwości, żeby poczekać aż doczłapię do drzwi. Chyba muszę przy moim szczęśliwym numerku zamieścić napis: chodzę powoli, proszę czekać cierpliwie albo nie dzwonić bez uzasadnionej potrzeby.