poniedziałek, 26 maja 2014

W słońcu i w deszczu.

Sobotni grill stał pod znakiem zapytania, bo wszyscy naokoło zapowiadali burze. Jednak chęć spędzenia czasu na świeżym powietrzu była silniejsza. Zmienna pogoda wcale nam nie przeszkadzała, bo ulewę przeczekaliśmy w pergoli. Kiedy tylko zaczynało świecić słońce wynurzaliśmy się na zewnątrz powdychać pachnący od deszczu, odświeżony świat. Poobserwować krople wody na kwiatach i podeptać stokrotki.
 
 
 
 
 

 
 


 
 

 
 
 

 
 
 

 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
 


Było przepięknie i pachnąco. Gdyby tylko przestała mnie męczyć alergia.....Głowę mam wielką, jak bania i nie rozstaję się z chusteczkami. Trudno, jakoś to przeczekam, ale nie mam zamiaru chować się przed wiosną. Idę za chwilkę na balkon pogadać z kwiatami, policzyć listki pelargoniom i namówić je żeby zaczęły kwitnąć. Zmierzę groszek pachnący, który rośnie jak szalony. Jego historię mam udokumentowaną, ale pokażę innym razem, bo dzisiaj i tak już zasypałam Was fotkami :)
Wiosenne pozdrówka z katarolandii :)


środa, 21 maja 2014

Było minęło.

 Wczoraj miałam bardzo fajny dzień. Rozwiązałam kilka spraw, które mnie gnębiły i wyłaziły spod łóżka w nocy. Najważniejsze, że dostałam decyzję z ostatniej komisji. Z jednej strony cieszę się, bo jest taka, jaką chciałam, a z drugiej....No cóż. Po prostu chciałabym być zdrowa i w życiu i na papierze, ale.....jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi to co ma :) :) :)
Życiowe fale nieco łagodnieją.

 
Wiem, że często sama tworzę te fale. Zapominam, że wszystko w końcu układa się dobrze i, że panika jest niewskazana. No tak, ale wiedzieć to jedno, a robić to drugie.
 
 
 
Mam nadziej, że ostatnia bardzo ważna sprawa również rozwiąże się pomyślnie. Może już niedługo, bo bardzo na to czekam. Wiem jednak, że wszystko dzieje się w odpowiednim czasie i miejscu. Nie za późno i nie za wcześnie. Dostaję od Boga wszystko we właściwym momencie, pewnie dlatego, że gdyby nastąpiło zbyt wcześnie, nie umiałabym tego docenić i mogła zmarnować. Tylko żeby mi wiary i cierpliwości nie zabrakło :) A wtedy wypłynę sobie na spokojne wody, a na razie jeszcze trzymam się brzegu.
 

 
Najważniejsze, że ostatnie stresy rozpłynęły się.
 
 
I wreszcie mogę spać spokojnie :)
 

poniedziałek, 19 maja 2014

Cudze chwalicie, swojego nie znacie.

Bardzo lubię dalekie wyprawy i odkrywanie ciekawych miejsc. Okazuje się jednak, że wystarczy dobrze się przyjrzeć własnemu miastu, a można znaleźć piękne zakątki. Niedaleko jednej z głównych ulic Legnicy, całkiem spokojnie stoi sobie, pięknie odnowiony pałac. Kiedyś stanowił on część folwarku Ludwikhof, a obecnie znajduje się w nim siedziba Agencji Rolnej. Z zabudowań gospodarczych i parku pozostało niewiele, ale pałac jest godny uwagi. Niestety nie odnalazłam nic na temat jego historii, jedynie kilka starych fotografii z początku XX wieku i informacja, że pochodzi on z 1889 roku. Świadczyć może o tym tabliczka z datą, umieszczona na wieży.







 
 
Ogromnie mnie zachwyciły oczywiście detale. Misterne wykończenie dachu i ozdobne portale nad drzwiami. Gdybym pracowała w tym miejscu, chodziłabym z głową zadartą do góry :)
 
 





Park jest niestety zaniedbany, ale może z czasem i o nim sobie ktoś przypomni. Skosi wszędobylską pokrzywę i zasadzi kwiaty w ozdobnej donicy.


Na przeciwko pałacu znajdują się resztki zabudowań gospodarczych. Niestety są w tragicznym stanie i grożą zawaleniem.



Chciałam zrobić zdjęcie stropów przepięknie malowanych w motywy roślinne, ale wejście było zasypane gruzem. Dlatego udało mi się uchwycić tylko te przy samym wejściu, a te zdobione podziwiałam z daleka, a Wy musicie je sobie wyobrazić :)


 
Niedaleko pałacu płynie rzeka i mimo, że mieszkam nad Kaczawą od urodzenia, to nigdy nie byłam nad wodospadem. Wreszcie była okazja.
 


 
 
 







Popołudniowe spacery mają to do siebie, że można obserwować zasypiające powoli słońce.




czwartek, 15 maja 2014

Nie chcem, ale muszem :)


Czasami się zastanawiam, czy przychodzi w życiu taki moment, że człowiek przestaje się bać i przejmować. A jeżeli przychodzi, to kiedy i ile trzeba mieć lat i trudnych doświadczeń za sobą? Czy lęk przed trudnościami to zwyczajna sprawa, czy oznaka niedojrzałości? Chciałabym mieć na tyle pogodną i silną osobowość, że wszelkie problemy traktowałabym zwyczajnie, bez obawy, jak kolejne zadania do załatwienia. Cały czas nad tym pracuję, ale nie mogę nic poradzić, że niektóre rzeczy mnie przerastają, że niektórych po prostu nie cierpię i nigdy nie zaakceptuję.

Kolejna komisja i spotkanie z naburmuszoną lekarką. Czy ona naprawdę nie jest w stanie zrozumieć, że człowiek chory to nie przedmiot i, że samo zmaganie się z chorobą jest trudne i mogłaby sobie darować swoje złe humorki i lekceważenie? Naprawdę nie bawią mnie takie spotkania i gdybym mogła, chętnie bym je sobie darowała. Niestety niepełnosprawny, żeby ułatwić sobie życie, musi najpierw przejść przez męczące i nieprzyjemne procedury. Płaszczyć się przed niezadowolonym lekarzem, poddawać oględzinom i przesłuchaniom. Chociaż w tym przypadku oględzin nie było. Pani doktor nawet nie raczyła zaszczycić mnie jednym uważnym spojrzeniem, nie mówiąc o uczciwym badaniu. Może wystarczyło jej wertowanie mojej opasłej kartoteki? Mąż zauważył, że dopiero, kiedy wychodziłam z gabinetu, przyjrzała się, jak idę. Tylko, dlaczego tak ukradkiem?? A może to są takie specjalistyczne procedury? Nie pokazać choremu, że widzi się jego problem i należy go zbagatelizować. Ciekawe, czy istnieją jakieś specjalne kursy dla lekarzy występujących w komisjach? Kurs znieczulenia i ślepoty. Na szczęście jest już po i czekam na werdykt. Myślę jednak, że moja historia zrobiła na pani doktor wrażenie i nie odmówi mi prawa do przywilejów, bez których bym się najchętniej obeszła, gdybym mogła. Powoli mija kilkudniowy stres, który mimo najszczerszych chęci opanowania, wiercił mi dziurę w brzuchu. Znowu muszę poustawiać nogi i ręce na właściwe pozycje, opanować dygotanie mięśni i ugłaskać zestresowany, obolały kręgosłup. Takie sytuacje zatrzymują mnie w miejscu, a ja tego nie lubię. Lubię przeć do przodu, jak czołg J  

czwartek, 8 maja 2014

Empatia, czy litość?


Generalnie nie mam problemu z załatwianiem spraw urzędowych. Pewnie, dlatego, że nastawiam się pozytywnie i na luzie do urzędników wszelkiego rodzaju. W końcu każdy jest człowiekiem. Niezależnie od tego ile ma tytułów przed nazwiskiem, tak samo je, oddycha, robi siku, nosi majtki w kwiatki albo misie, ma normalne życie i własne problemy. Załatwianie wszelakich spraw jest dla mnie dyskomfortem z powodu konieczności chodzenia. Co innego iść dla przyjemności, a co innego z musu i to często w miejsca średnio przystosowane dla mnie. Dlatego, kiedy ostatnio mieliśmy dzień bardzo urzędowych spraw, moja podświadomość mnie nie zawiodła.
Obudziłam się z zestresowanym, obolałym kręgosłupem i zdrętwiałą nogą.  Tabletki przeciwbólowe w tym przypadku to raczej oszukiwanie mózgu, bo na pewno nie zadziałają. Wzięłam jednak dwie i ruszyliśmy w trasę. Mozolnie i powoli dreptaliśmy od jednego urzędu do drugiego. Kręgosłup skrzypiał, a szkliwo pękało od zaciskania zębów. Wreszcie ostatni urząd i magiczny pokój 102. Jeszcze tylko dojść do windy, długi korytarz, zostawić papiery, odebrać potwierdzenie i do widzenia. Ha, ha, ha. Nie może być tak łatwo. Urzędniczka, owszem całkiem miła, rzuciła okiem na dokumenty, podbiła pieczątkę, ale oddała z powrotem i kazała zostawić w kancelarii, a po drodze zrobić ksero. Zdziwieni nowymi obyczajami umilania życia petentom, wróciliśmy do windy. Kolejny długi korytarz, kolejka do ksero i wreszcie kancelaria. Z braku sił wybraliśmy oczywiście stanowisko najbliżej wejścia. Zza wysokiej lady wystawała niezadowolona głowa, która nasze uśmiechnięte dzień dobry skwitowała grymasem twarzy i burknięciem. Niezrażeni wytłumaczyliśmy powód wizyty i podaliśmy dokumenty. Naburmuszona oddała je nam z powrotem i kazała iść do magicznego 102. Wytłumaczyliśmy, że właśnie z niego wracamy. W momencie, kiedy musimy siłą wcisnąć jej ksera, zaczynamy się lekko gotować. Wreszcie okazuje się, że potrzebujemy wypisać jeszcze jeden wniosek. Kiedy prosimy o druk, oświadcza, że druków nie ma i trzeba samemu sformułować. Na szczęście z formułowaniem nie mam raczej problemów, bardziej z dotarciem do stolika na końcu sali. Z ulgą siadam wreszcie przy stoliku niewiele większym do kartki papieru, ale chyboczące krzesło jest dla mnie w tym momencie wygodne, jak fotel prezesa. W czasie, kiedy mąż idzie zrobić ksero i oddać wniosek, zbieram obolałe członki, przerzucam torebkę, kula jedna, kula druga i …..wraca mąż i mówi, że muszę dopisać jeszcze kilka zdań. Znowu odkładam cały ekwipunek, siadam z trudem, dopisuję. Kiedy podchodzimy do naburmuszonej, nasze oczy spotykają się na chwilę. I w tym momencie na jej twarzy wykwita uśmiech, a oczy aż promienieją. Mimowolnie też się uśmiecham. Na nasze dziękujemy bardzo i do widzenia, odpowiada głośno, jakby chciała dodać przepraszam.

 Empatia, czy litość?

Chyba dopiero, kiedy zobaczyła ile wysiłku kosztuje mnie dreptanie w te i na zad, zrozumiała, że mogła mi bardziej ułatwić życie, a już na pewno nie stresować dodatkowo złym humorem i niechęcią. Szkoda, że nasz urząd nie jest jeszcze na tyle cywilizowany, żeby takie sprawy załatwiać drogą elektroniczną. Może kiedyś.

Natomiast ja przez chwilę poczułam się w skórze tej urzędniczki. Pierwsze stanowisko zawsze jest najbardziej oblegane. I w czasie, kiedy jej koleżanki miały czas na kawę i pogaduchy, ona obsługiwała prawie wszystkich, którzy wchodzili.

Chyba jednak empatia J

   

wtorek, 6 maja 2014

Za zimno, jak na maj i słowik skrzeczy, jak zardzewiała piła.....

 Pogodynka tym razem nas nie zawiodła. Niestety. Miał być zimny i deszczowy weekend, no to był. Na szczęście przynajmniej w jeden dzień udało nam się nałapać witaminy D i dużo świeżego powietrza. Oczywiście zanim deszczowe chmury i niemal arktyczne zimno nas nie wygoniły. Tulipany też były zdegustowane. Rozwinęły posiwiałe skrzydła i odleciały do ciepłych krajów. Nawet ślimaki nie chciały wyjść ze skorupek, chociaż obiecywałam im ciepłe szaliki i czapki na rogi. Pochowały się między winobluszczem i udawały, że zapadły w zimowy sen. A może bały się, że w ramach eksperymentu trafią na grilla. Najbardziej zadowolony był chyba winobluszcz. Rozkładał małe dłonie i błyszczącymi paluszkami łapała deszcz.
Generalnie majówkę uważam za udaną. Najważniejsze, że mieliśmy wreszcie mnóstwo czasu dla siebie. Oprócz tego, który mąż spędził na SOR-ze. Nasz ukochany lekarz rodzinny usłyszał szmery koło serca, a ponieważ nigdy niczego nie bagatelizuje, od razu wysłał męża na oddział ratunkowy. Na szczęście wyniki wyszły nie najgorzej. Prawdopodobnie są to powikłania po grypie, którą ostatnio przechodziliśmy rodzinnie. Szczegółowe badania u kardiologa wyjaśnią wszystko. Na SOR-ze panie rejestratorki jak zwykle pokazały co potrafią. A najlepiej potrafią lekceważyć pacjenta. Plotki i flirtowanie z sanitariuszami były oczywiście najważniejsze, a pacjent? Pacjent może poczekać. Przypomniały nam się sceny z "Misia" i dawnych lat w stylu: "nie widać, że jem?!" albo "rozmawiam teraz chyba!!". Służbie zdrowia jest potrzebna reforma, ale najbardziej ludzi, którzy w niej pracują. I ten wielki napis przy wejściu na oddział. "Czas oczekiwania na lekarza od 4 do 6 godzin". Super. Można paść na wejściu, ale odczekać swoje trzeba.