Generalnie nie mam problemu z załatwianiem spraw urzędowych.
Pewnie, dlatego, że nastawiam się pozytywnie i na luzie do urzędników
wszelkiego rodzaju. W końcu każdy jest człowiekiem. Niezależnie od tego ile ma
tytułów przed nazwiskiem, tak samo je, oddycha, robi siku, nosi majtki w
kwiatki albo misie, ma normalne życie i własne problemy. Załatwianie wszelakich
spraw jest dla mnie dyskomfortem z powodu konieczności chodzenia. Co innego iść
dla przyjemności, a co innego z musu i to często w miejsca średnio
przystosowane dla mnie. Dlatego, kiedy ostatnio mieliśmy dzień bardzo
urzędowych spraw, moja podświadomość mnie nie zawiodła.
Obudziłam się z
zestresowanym, obolałym kręgosłupem i zdrętwiałą nogą. Tabletki przeciwbólowe w tym przypadku to
raczej oszukiwanie mózgu, bo na pewno nie zadziałają. Wzięłam jednak dwie i ruszyliśmy
w trasę. Mozolnie i powoli dreptaliśmy od jednego urzędu do drugiego. Kręgosłup
skrzypiał, a szkliwo pękało od zaciskania zębów. Wreszcie ostatni urząd i
magiczny pokój 102. Jeszcze tylko dojść do windy, długi korytarz, zostawić
papiery, odebrać potwierdzenie i do widzenia. Ha, ha, ha. Nie może być tak
łatwo. Urzędniczka, owszem całkiem miła, rzuciła okiem na dokumenty, podbiła
pieczątkę, ale oddała z powrotem i kazała zostawić w kancelarii, a po drodze
zrobić ksero. Zdziwieni nowymi obyczajami umilania życia petentom, wróciliśmy do
windy. Kolejny długi korytarz, kolejka do ksero i wreszcie kancelaria. Z braku
sił wybraliśmy oczywiście stanowisko najbliżej wejścia. Zza wysokiej lady
wystawała niezadowolona głowa, która nasze uśmiechnięte dzień dobry skwitowała
grymasem twarzy i burknięciem. Niezrażeni wytłumaczyliśmy powód wizyty i podaliśmy
dokumenty. Naburmuszona oddała je nam z powrotem i kazała iść do magicznego 102.
Wytłumaczyliśmy, że właśnie z niego wracamy. W momencie, kiedy musimy siłą
wcisnąć jej ksera, zaczynamy się lekko gotować. Wreszcie okazuje się, że
potrzebujemy wypisać jeszcze jeden wniosek. Kiedy prosimy o druk, oświadcza, że
druków nie ma i trzeba samemu sformułować. Na szczęście z formułowaniem nie mam
raczej problemów, bardziej z dotarciem do stolika na końcu sali. Z ulgą siadam
wreszcie przy stoliku niewiele większym do kartki papieru, ale chyboczące
krzesło jest dla mnie w tym momencie wygodne, jak fotel prezesa. W czasie, kiedy mąż
idzie zrobić ksero i oddać wniosek, zbieram obolałe członki, przerzucam
torebkę, kula jedna, kula druga i …..wraca mąż i mówi, że muszę dopisać jeszcze
kilka zdań. Znowu odkładam cały ekwipunek, siadam z trudem, dopisuję. Kiedy
podchodzimy do naburmuszonej, nasze oczy spotykają się na chwilę. I w tym
momencie na jej twarzy wykwita uśmiech, a oczy aż promienieją. Mimowolnie też
się uśmiecham. Na nasze dziękujemy bardzo i do widzenia, odpowiada głośno,
jakby chciała dodać przepraszam.
Empatia, czy litość?
Chyba dopiero, kiedy zobaczyła ile wysiłku kosztuje mnie
dreptanie w te i na zad, zrozumiała, że mogła mi bardziej ułatwić życie, a już na
pewno nie stresować dodatkowo złym humorem i niechęcią. Szkoda, że nasz urząd nie
jest jeszcze na tyle cywilizowany, żeby takie sprawy załatwiać drogą
elektroniczną. Może kiedyś.
Natomiast ja przez chwilę poczułam się w skórze tej
urzędniczki. Pierwsze stanowisko zawsze jest najbardziej oblegane. I w czasie,
kiedy jej koleżanki miały czas na kawę i pogaduchy, ona obsługiwała prawie wszystkich,
którzy wchodzili.
Chyba jednak empatia J